Od Mikleo CD Soreya

poniedziałek, 15 września 2025

|
Cieszyłem się, że mój partner odzyskał spokój ducha. Widziałem w jego oczach cień ulgi, a to właśnie o to mi chodziło, aby nie bał się mnie, aby nie nosił w sercu lęku, że cokolwiek mogłoby nas rozdzielić. Nie chciałem, by martwił się o mnie czy o to, że jego skrzydła mogą mnie zranić. Wiedziałem, że nie niosą zagrożenia. Chciałem, by zrozumiał, że wszystko będzie dobrze i że tego mógł być pewien tak samo, jak pewna jest wschodząca każdego dnia jutrzenka.
Uśmiechnąłem się do niego ciepło i delikatnie pociągnąłem w stronę starej, kamiennej bramy. Jej mury porastał mech, a dawne, zardzewiałe zawiasy pamiętały jeszcze czasy, gdy tędy przechodziły karawany kupców.
Dziś brama była tylko cichym świadkiem przemijania, a dla nas, granicą pomiędzy bezpieczeństwem a nieznanym. Opuszczaliśmy miasto, które stało się naszą chwilową ostoją, miejscem, gdzie mogliśmy zebrać siły, oo prostu odetchnąć. Teraz byliśmy gotowi, by ruszyć dalej.
Droga prowadziła nas ku horyzontowi spokojnym rytmem. Słońce leniwie wspinało się po niebie, rzucając złote refleksy na wzgórza i pola. Szliśmy ramię w ramię, rozmawiając o drobiazgach, czasem wspominając minione dni, innym razem żartując z własnych potyczek. Śmialiśmy się, a echo naszego śmiechu niosło się po łąkach jak melodia, która należała tylko do nas. W tamtej chwili niczego więcej nie potrzebowaliśmy. Świat mógł istnieć dalej własnym rytmem, ale dla nas liczyło się tylko to, że byliśmy razem.
W czasie przerwy rozłożyliśmy na trawie stary koc, wysłużony, a jednak pełen wspomnień. Słońce grzało przyjemnie, a lekki wiatr poruszał źdźbłami trawy, sprawiając, że wyglądały jak fale zielonego morza. Wokół nas panowała cisza, przerywana jedynie śpiewem ptaków i szelestem liści w koronach drzew. Położyliśmy się obok siebie, pozwalając, by spokój tego miejsca wniknął w nasze serca.
Patrząc w niebo, czułem, że ta podróż jest czymś więcej niż tylko drogą ku celowi. Była obietnicą, że każdy krok, każda rozmowa i każdy wspólny uśmiech stają się częścią naszej własnej historii. W tamtej chwili wiedziałem jedno, że niezależnie od tego, dokąd nas poprowadzi los, będziemy kroczyć razem. A to było największym skarbem, jaki mogliśmy odnaleźć.
Przerwa nie trwała długo, wiedzieliśmy, że droga wzywa i musimy ruszać dalej. Tym razem jednak miałem inny plan. Chciałem, by wreszcie spróbował użyć swoich skrzydeł, przecież nie otrzymał ich na próżno.
- To co, spróbujesz je przywołać i polecieć? - Zapytałem, patrząc na niego uważnie.
Spojrzał na mnie niepewnie, w jego oczach mignął cień wahania.
- Tak… tylko nie wiem, jak mam je naprawdę użyć - Odpowiedział cicho.
Te słowa wywołały na mojej twarzy łagodny, pełen ciepła uśmiech. Chciałem dodać mu odwagi. Powoli usiadłem na jego kolanach, zwracając całą jego uwagę ku sobie. Nasze spojrzenia spotkały się, a w moim uśmiechu kryła się nie tylko czułość, ale i pewność, że poradzi sobie.
Położyłem dłonie na jego ramionach, gładząc je delikatnie, tuż w tym miejscu, gdzie po chwili zaczęły wyrastać wspaniałe, świetliste skrzydła. Rozkładały się majestatycznie, jakby budziły się ze snu, pełne blasku i tajemnicy.
- No widzisz? - Szepnąłem. - Już tu są. Teraz pozostaje ci tylko zaufać sobie i spróbować wzbić się w powietrze. Nie będzie to łatwe, ale pamiętaj… - Pochyliłem się bliżej i uśmiechnąłem promiennie - Jestem przy tobie. Będę cię wspierać na każdym kroku - Zapewniłem, delikatnie całując jego miękkie usta. 

<Pasterzyku? C:> 

Etykiety