Bardzo martwiłem się o mojego panicza. Nie potrafiłem siedzieć bezczynnie, gdy myśl o nim rozdzierała mi serce. Nogi same poniosły mnie w las, choć gęsty, ciemny i pełen złowrogich odgłosów, wydawał się jedynym miejscem, gdzie mogłem jeszcze odnaleźć nadzieję. Szukałem tropów, najmniejszych śladów, złamanej gałązki, odcisku buta, poruszonego listowia. Czegokolwiek, co mogłoby mnie poprowadzić do niego. Bo przecież nie muszę od razu sam go ratować. Wystarczy, że go znajdę. Potem sprowadzę pomoc, ludzi silniejszych ode mnie, ludzi, którzy pomogą mi wydostać mojego panicza, jeśli tylko będzie to możliwe.
A będzie, prawda? Musi być. Nic złego mu nie zrobili… To przecież tylko chęć zdobycia pieniędzy, nic więcej. Tak sam siebie próbuję przekonywać, wmawiam sobie, że wszystko jeszcze dobrze się skończy. Lecz im dalej idę, tym głośniej w mojej głowie rozbrzmiewa wątpliwość a co, jeśli to nie pieniądze były ich celem?
Nie mogę wyrzucić sobie jednego: że puściłem go tam całkiem samego. Czułem w kościach, że może mu się coś stać. Całe moje ciało wołało, by go zatrzymać, nie pozwolić, a jednak uległem. Dlaczego? Dlaczego pozwoliłem, by jego słowa, jego pewność siebie były silniejsze niż mój instynkt? Teraz każdy krok w ciemnym lesie jest jak uderzenie wyrzutów sumienia w moją pierś. Na Boga, gdy tylko wróci, nigdy już nie pozwolę, by postawił na swoim wbrew rozsądkowi. Nigdy więcej!
A jednak, gdy zatrzymuję się i wsłuchuję w ciszę, ogarnia mnie coś gorszego od strachu, bezradność. Drzewa zdają się milczeć, jakby same sprzysięgły się, by ukryć przede mną prawdę. Każdy szelest liści brzmi jak szyderstwo, każdy cień kpi ze mnie, przypominając, że to ja zawiodłem.
Ale nie mogę się poddać. Muszę iść dalej, choćby sam las miał się obrócić przeciwko mnie. Nie dla siebie, nie dla własnego spokoju, dla niego. Bo jeśli go stracę, nigdy już sobie tego nie wybaczę.
Wszedłem w las jak pies, głodny tropu, prowadzący się po zapachu, który nagle urywał się w jednym, konkretnym miejscu. Powietrze pachniało mchem, rozkładem i wilgocią, a w tym wszystkim przebijał się inny, zimny zapach krew. To była krew jego krew, słodkawo-metaliczna, cierpka, dająca mi jedną, jasną informację: ktoś go skrzywdził. Ta myśl paliła mnie od środka. Nie pozwolę, by tak to zostało.
Moje zmysły wyostrzyły się do granic. Każdy oddech, każdy trzask gałęzi, każdy szept wiatru nabierał znaczenia. Skupiłem się na zapachu tak, jakby on był jedyną mapą w tym ciernistym morzu cieni. Schylałem się, badałem ziemię, przypatrywałem się liściom, stopa po stopie, ślad po śladzie. Gałązka złamana na krawędzi polany, krople na trawie, które błyszczały jak łzy, wszystko to składało się na milczący dialog między mną a miejscem, które znało ich historię.
Wraz z każdym kolejnym tropem rosła we mnie mieszanka nadziei i rozpaczy. Nadzieja, że jeszcze zdążę, że moje ręce zdążą ochronić to, co jeszcze można uratować; rozpacz, że to ja wystawiłem go na niebezpieczeństwo, że jego krew na ziemi to mój ból i moja porażka. Wyrzuty sumienia kłuły mocniej niż chłód lasu. Zauważyłem, że moje myśli stają się krótsze, bardziej konkretne, nie ma miejsca na domysły, tylko na działanie których się podjąłem.
<Paniczu? C:>