Od Soreya CD Mikleo

niedziela, 14 września 2025

|
 Delikatnie przechyliłem głowę na jego słowa. Jak to — skrzydła nie krzywdzą? Czułem je. Czułem, jak ciężkie są; miałem wrażenie, że potrafią zarówno zabić, jak i obronić... co dziś pięknie pokazały. Gdyby nie one, nawet nie chcę myśleć, co by się wydarzyło. Dobrze, że to ja dostałem. Nie chcę nawet myśleć, co by się stało, gdyby to on został ugodzony. Nie przeżyłby. A ja… ja przecież nie potrafię bez niego żyć. Moje życie nie miałoby żadnego sensu, bo to właśnie on jest tym sensem.
— Nie mam wyjścia, będę musiał ci uwierzyć — powiedziałem cicho, dalej przytłoczony i niepewny po tym, co się wydarzyło.
— Już najgorsze za nami. Jutro poćwiczymy kontrolę. Dziś… dziś chyba było za dużo wrażeń, co? — spytał spokojnie, gładząc mój policzek. Gdy tak powiedział, poczułem ogromne zmęczenie. Ten dzień wydłużył się niesamowicie. Wszystko, czego teraz chciałem, to pójść spać. Zapomnieć o tym choć na chwilę.
Miki uśmiechnął się lekko i chwycił moją rękę, pociągając mnie do łazienki. Szybko się umyliśmy i przebraliśmy w piżamy. Wspominał coś wcześniej o wieczornych przyjemnościach, ale nie miałem na to ochoty. Chciałem tylko przyciągnąć go do siebie, przytulić i zamknąć oczy. Jeszcze powinniśmy się spakować, ale—szczerze?—nie chciało mi się. Wolałem to zrobić rano, kiedy będziemy trochę wyspani, uspokojeni i z jaśniejszym umysłem.

Następnego dnia obudziłem się późno. Chyba tylko dlatego, że mnie obudził Miki. Niechętnie podniosłem się do siadu, przeczesując włosy. Byłem jeszcze zaspany, ledwo orientowałem się, co i gdzie i po co — i co w ogóle się działo?
— No już, musimy wyruszać. Kupiłem prowiant, już nas spakowałem — mówił, zamykając plecak. — Dziś pójdziemy normalnie, a jak się zatrzymamy, spróbujemy nad tymi skrzydłami. Co ty na to? — zaproponował, delikatnie się uśmiechając.
— Brzmi... w porządku — przyznałem, przeciągając się leniwie. — Mam nadzieję, że coś z tego wyjdzie. Nie chciałbym cię nimi skrzywdzić — dodałem cicho, zawstydzony.
— Nie skrzywdzisz. No dalej, zbieraj się, i tak jesteśmy spóźnieni — odpowiedział łagodnie, z lekkim zniecierpliwieniem. Chyba przesadziłem ze snem… muszę to poprawić, żeby na mnie nie był zły.
— Tak, już idę — odparłem, w końcu podnosząc się z łóżka. Jak dobrze, że go mam… nie wiem, jak bym sobie bez niego poradził.
Powoli zebrałem się z łóżka i pozwoliłem, by Miki podał mi koszulkę. Jego dłonie musnęły moją skórę tylko na chwilę, a jednak wystarczyło, by zrobiło mi się cieplej. W tym prostym geście było coś więcej niż pośpiech — troska, której tak bardzo potrzebowałem.
— Dzięki... — wymamrotałem, jeszcze trochę senny.
— No już, nie dziękuj mi za takie rzeczy — uśmiechnął się lekko, jakby chciał zbagatelizować własne oddanie.
Usiedliśmy razem przy stole, na którym leżało przygotowane śniadanie. Nic wyjątkowego — kawałek chleba, trochę sera, jabłko przekrojone na pół. A jednak, patrząc na to, poczułem wdzięczność. On zawsze myślał o wszystkim. O mnie. O tym, żebym nie czuł się sam w tym całym chaosie.
Jedliśmy w ciszy, ale to była dobra cisza. Taka, w której każde spojrzenie i każde dotknięcie dłoni mówiło więcej niż słowa. Miki co chwilę zerkał na mnie ukradkiem, jakby chciał się upewnić, że naprawdę jeszcze tu jestem. Że nic mi się nie stało.
Kiedy wreszcie wyszliśmy, słońce przywitało nas ciepłym blaskiem. Zaciągnąłem się świeżym powietrzem i, sam nie wiem czemu, nagle poczułem się lżejszy. Może to przez niego, idącego tuż obok, z dłonią swobodnie wsuniętą w moją.
— Dasz radę — powiedział spokojnie, jakby czytał w moich myślach. — Nie jesteś sam. Nigdy już nie będziesz.
Ścisnąłem jego dłoń mocniej. Chciałem mu odpowiedzieć, że wiem, że to właśnie jego obecność trzyma mnie przy życiu, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Może i dobrze. Może czasem wystarczy milczeć, a i tak wiadomo wszystko.
— Dziękuję — wydusiłem w końcu, chociaż to, co mu powiedziałem, to nic w porównaniu z tym, co naprawdę czułem.

Etykiety