Czułem to w kościach, drobny, nieprzerwany rytm nadziei, który z każdą sekundą nabierał tempa. Z każdą minutą wydawało mi się, że dystans między nami maleje: krok po kroku, zaułek po zaułku. Nie miałem pełnej pewności, nigdy nie mam, ale przeczucie było silniejsze niż dowody. Nie mogłem się poddać. Nie wtedy, gdy myśl o nim paliła mnie od środka.
Byłem tak blisko, że mogłem wyczuć jego zapach w powietrzu.
Wyobrażałem sobie jego twarz. Jeszcze chwila i zobaczę ją znów; jeszcze chwila i dotknę jego ręki, albo uratuję go przed tym, co czai się w cieniu. A jeśli znajdę tego, kto zagraża jego bezpieczeństwu… to nie wiem, czy powstrzymam rękę. Myśl o zemście wypalała mi żołądek, niwelowała rozsądek.
Muszę się jednak trzymać. Jest we mnie coś, co zawsze ostrzega przed działaniem w gniewie i to nie tylko strach przed konsekwencjami dla innych, ale głęboki lęk przed sobą samym. Kiedy moje wilcze ja bierze górę, to nie ja decyduję. Kontrola ulatnia się jak dym; myśli stają się proste i brutalne, a instynkt, bezwzględny. Każda taka przemiana kończyła się tragedią: czyjąś krzywdą, moim wstydem, pustką, która zostawała potem z nami.
Więc ćwiczę cierpliwość. Zaciskam zęby, liczę oddechy, trzymam się cienkiej nici rozsądku, która mi została. Bo wiem, że jedna chwila słabości może zamienić ratunek w katastrofę. A on, mój panicz, zasługuje na to abym odnalazł go, bezpiecznie doprowadzając do domu, bez krzywdy którą mogę mu zafundować, jeśli tylko nie zapanuje nad sobą.
Musiałem się pilnować. Musiałem jednocześnie słuchać, z oddali dobiegało coraz więcej hałasów, coraz więcej dźwięków i krzyków, które przyciągały moją uwagę niczym światło ćme. Kto to był? Dlaczego krzyczał? Czy to byli ludzie, którzy uprowadzili mojego panicza?
Martwiąc się o niego, ruszyłem przed siebie w stronę huku, przyczajony jak cień, pilnując, by nigdy mnie nie usłyszał. Pilnowałem też, żeby nikt mnie nie zobaczył, jeśli miałem odnaleźć jego, nie mogłem pozwolić, by odnaleźli mnie. Każdy mój ruch był wyważony; każdy krok tłumiłem na palcach, jakbym próbował oszukać samą ziemię.
Zobaczyłem w końcu starszego, mocno pijanego mężczyznę, który szedł w moją stronę, rozglądając się uważnie, jakby czegoś szukał.
- A ty tu co robisz? - Syknął w moją stronę, co mnie lekko zdziwiło.
Czyżby to był on? Czy to ten, który uprowadził mojego panicza? Mam nadzieję, że ma pecha, bo jeśli okaże się, że to on skrzywdził mojego partnera, pożałuje, że w ogóle żyje.
- Spaceruję. To las, z tego co wiem, mogę się tu szwendać, ile tylko chcę - Mruknąłem, udając obojętność i patrząc spokojnie w stronę mężczyzny. Nie chciałem wzbudzać w nim żadnych podejrzeń, musiałem być ostrożny. Tym bardziej że wciąż miałem podejrzenie, iż to właśnie on mógł mieć coś wspólnego z uprowadzeniem Daisuke.
Czułem jego zapach w powietrzu, intensywny, obcy, ale niepokojąco znajomy. Serce zabiło mi szybciej, a w głowie rozbrzmiała myśl, że muszę działać rozważnie. Jeden nieprzemyślany ruch i mogło skończyć się źle.
Pijany mężczyzna tylko machnął ręką i ruszył chwiejnym krokiem przed siebie. Wyglądał, jakby czegoś szukał, zataczając się między drzewami, lecz w jego niepewności kryło się coś dziwnie nienaturalnego. Czyżby naprawdę miał już coś wspólnego z Daisuke?
Ta myśl przeszyła mnie chłodem i ścisnęła w gardle. Strach, który dotąd starałem się tłumić, powoli wymykał się spod kontroli. Obrazy tego, co mogło się wydarzyć mojemu partnerowi, zaczęły zalewać umysł.
Nie mogłem dłużej zwlekać. Przyspieszyłem kroku, zmuszając się, by nie oglądać się za siebie. Każdy szelest liści, każdy trzask gałęzi wydawał się podejrzany, ale wiedziałem, że muszę odnaleźć tego, którego kochałem...
<Paniczu? C:>