Zdecydowanie nie był beznadziejny. To przecież jego pierwszy raz, miał pełne prawo, żeby mu się nie udało. Latanie to trochę jak uczenie się chodzić, tylko że w powietrzu, a wiadomo, że nigdy nie udaje się od razu. Szczerze mówiąc, bardziej zdziwiłbym się, gdyby faktycznie udało mu się za pierwszym podejściem.
- Nie mów tak. Bierz siły na zamiary - Odezwałem się spokojnie, patrząc mu prosto w oczy. - To logiczne, że nie uda ci się od razu wzbić wysoko i utrzymać w powietrzu. Każdy przez to przechodził. Wiesz… każdy, kto uczył się używać skrzydeł, miał swoje upadki. Ale to tylko etap, przejściowy krok. Nauczysz się ich używać, tylko potrzebujesz odrobiny czasu… i więcej wiary w siebie. Ja jestem tutaj po to, żeby ci pomóc, ale kluczem jest twoja własna pewność. Bez niej niczego nie osiągniesz. - Powoli podniosłem się z ziemi, ciągnąc go za sobą, a na jego czole składając szybki, ciepły pocałunek. Chciałem, żeby poczuł, że nie jest w tym sam. - No już, uśmiechnij się. Gdzie twoja wiara? - Zapytałem cicho, ale stanowczo. - Tylko nie mów mi, że jedno potknięcie przekreśla w twojej głowie wszystko. To do ciebie zupełnie niepodobne. - Patrzyłem na niego uważnie, starając się dodać mu odwagi. Wiedziałem, że nie mogę pozwolić, aby zbyt mocno przejął się tym jednym drobnym upadkiem. Musiał się podnieść i spróbować jeszcze raz. I jeszcze raz, aż do skutku. A kiedy w końcu mu się uda, poczuje dumę, której teraz nie potrafił sobie nawet wyobrazić.
Mój przyjaciel westchnął ciężko, wciąż niezadowolony z tego, co się wydarzyło. Za wiele od siebie oczekiwał, choć wcale nie musiał. Na wszystko przyjdzie czas – wszystkiego się nauczy. Potrzebuje tylko chwili oddechu, cierpliwości i spokoju. Właśnie to pozwoli mu pewnego dnia wzbić się wysoko i lecieć swobodnie, jak prawdziwy ptak.
- Masz zdecydowanie za dużo wiary we mnie - Mruknął, odwracając wzrok. Nie chciał spojrzeć mi prosto w oczy, jakby bał się, że odczytam w nich zwątpienie.
Bez namysłu uniosłem dłonie i uchwyciłem delikatnie jego policzki, zmuszając go, by zwrócił twarz w moją stronę. Sam musiałem stanąć na palcach, aby nasze spojrzenia znalazły się na tym samym poziomie.
- Hej… - Szepnąłem miękko, ale stanowczo. - Ja po prostu wierzę w ciebie. Wiem, że sobie poradzisz. Potrzeba ci tylko odrobiny wiary, trochę więcej czasu… i dasz radę. Zawsze dasz. - Wyszeptałem, delikatnie łącząc nasze usta w pocałunku.
Sorey odwzajemnił pocałunek, przyciągając mnie jeszcze bliżej do siebie.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham… i jak bardzo cieszę się, że jesteś przy moim boku - Wyszeptał, muskając kciukiem moje usta. Jego głos był cichy, ale pełen szczerości, a spojrzenie tak miękkie, że serce zabiło mi szybciej.
- Jestem tu. I będę, dopóki tylko mi na to pozwolisz - Odpowiedziałem z łagodnym uśmiechem, starając się, by każde słowo dodało mu otuchy. Delikatnie ująłem jego dłoń, by upewnić go, że nie ma prawa mnie stracić. - Chodźmy. Na dziś już wystarczy ci wrażeń. Pójdziemy pieszo, zanim nadejdzie zmrok, a potem odpoczniemy. Jutro spróbujesz jeszcze raz, i tym razem wzbije się w powietrze nie tylko twoje ciało, ale i twoja wiara w siebie.
Nie chciałem, by przygnębienie z powodu drobnego niepowodzenia odebrało mu siłę. Wiedziałem, że jeśli dam mu wsparcie i ciepło, podniesie się i spróbuje jeszcze raz i że w końcu mu się uda.
<Pasterzyku? C:>