Ukryłem się za drzewem, oddychając spokojnie, głęboko, cicho. Przede wszystkim uspokoić się. Znaleźć siłę, by móc jakkolwiek zaatakować. Nie powinienem mieć żadnej litości dla nich. Oni nie mieli dla mnie żadnej ilości, czemu więc ja miałbym być dla nich łaskawy? Zwłaszcza, że Haru mogą zrobić krzywdę, a na to nie mogłem pozwolić. Nie chciałem go wplątywać w całą tą sprawę... nie tak to wszystko miało wyglądać. Miało to wszystko wyglądać zupełnie inaczej, a on teraz odchodzi od zmysłów. Muszę się skupić... nie jestem silny, muszę więc wykorzystać każdą przewagę. Chyba się rozdzielili, więc wystarczy, że będę ich eliminował, jeden po drugim. Są pijani, wkurzeni, błądzą po ciemku... to moja przewaga. Są zdenerwowani, więc mogę to wykorzystać, łamiąc ich bariery, o ile jeszcze jakiekolwiek mieli. Takie silne pieniądze, i alkohol, przecież to dla mnie raj. Strzaskam ich umysł całkowicie.
Gwałtowne ruchy, pękające gałęzie, i ciche mamrotanie przekleństw – oznaki tego, że jeden z nich się zbliża. Najpierw cały się spiąłem, zestresowałem, ale doskonale wiedziałem, że nie mogłem teraz uciekać. Wdech, wydech, i ruszyłem cicho za mężczyzną. Nigdy nikogo nie złamałem. Wiem, jak to się robi, ale sam nigdy tego nie robiłem. Teraz nie miałem wyjścia.
Szybko, i cicho, nadgoniłem tego mężczyznę. Od razu położyłem dłoń na jego ramieniu, i w jednej chwili, bez wahania, złamałem w nim wszystko, co mogłem. Usłyszałem trzask, który rozległ się tylko i wyłącznie pomiędzy nami, a przez całe moje ciało przeszedł przyjemny, uzależniający prąd. Wyczułem, że przede mną mam marionetkę, podatną na każdy mój rozkaz. Cokolwiek nie pomyślę, to on to wykona... i od tego nie ma odwrotu. Poczułem się dobrze, naprawdę dobrze. Chciałem, by się mnie bali, tak jak ja bałem się o siebie, kiedy otworzyłem oczy.
- Strzel sobie w łeb – powiedziałem cicho.
Rozległ się huk, a na moją twarz bryznęła krew. Skrzywiłem się z obrzydzeniem, wycierając ją rękawem. To było głośne, zatem zaraz ktoś tu przyjdzie. Spokojnie odszedłem z tego miejsca, znajdując kryjówkę. Nie czułem... nic. Może satysfakcję, że odebrałem mu życie, i nikogo nie skrzywdzi dzięki temu. Kto powiedział, że by mnie wypuścili po okupie? Nie zakryli mi oczu, więc pewnie chcieli mnie później odstrzelić. Widziałem w końcu ich twarze. Jak dobrze, że jednak zdecydowałem się na ucieczkę, a nie na bierne czekanie.
Po chwili, nagle, wyczułem coś znajomego. Znajomą energię, determinację, strach...
Haru.
Wstrzymałem powietrze. Nie, nie, nie. Nie może tu przyjść. Jeszcze zostało ich dwóch... zacząłem iść w jego kierunku, zmartwiony, że coś może mu się stać. Że któryś z tych drani może go skrzywdzić. Jeszcze przecież zostało ich dwóch...i oni wszyscy teraz szli w kierunku tego huku. Nie, nie, co ja zrobiłem?
- Haru – wymamrotałem z ulgą, kiedy go dostrzegłem. Był, cały i zdrowy. Od razu ruszyłem w jego kierunku. Musiałem go powstrzymać, by nie szedł w tym kierunku. Nie może. Na chwilę nasze spojrzenia spotkały się, a jego twarz rozjaśniła ulga. Widząc ten jego głupi uśmiech, też się uśmiechnąłem. To chyba kilka godzin, a ja... ja już tak strasznie za nim tęskniłem.
<Piesku? C:>