Mimo, że jeszcze czułem głód, nie mogłem przyjąć jego porcji. Nie mogłem się tak opychać, to byłoby po pierwsze niezdrowe, a po drugie jeszcze przyzwyczaję swój żołądek do tak dużej ilości jedzenia i jak wyruszymy w drogę, dopiero będę miał problem. Nie, nie ma mowy. To była jego porcja, i ja mu tę porcję zostawiam. W ogóle nie powinienem był tak szybko tego jeść... miał mi towarzyszyć przy jedzeniu, a ja co? Chwila nie minęła, a talerz już mam pusty.
– Nie, nie, to twoja porcja. Dla przyjemności – odpowiedziałem, chwytając za swoją lemoniadę. Wszystko, byleby nie siedzieć z pustymi rękami. Dla niego to nie było nic takiego, ale dla mnie była to naprawdę głupia i beznadziejna sytuacja. Mimo głodu, powinienem się był powstrzymać. Może gdybym dłużej jadł, dałbym ułudę temu żołądkowi, że jest bardziej zapełniony...? Sam nie wiem. Nie wiem już, co się ostatnio dzieje z moim ciałem, nigdy przecież takich problemów nie miałem.
– Żebyś później nie szedł głodny spać – ostrzegł mnie, powoli, trochę niepewnie biorąc się za posiłek, żeby może mnie coś jeszcze zostawić, jakbym się nagle rozmyślił, co się nie wydarzy.
– Po takiej porcji na pewno nie jestem głodny – zapewniłem go, szczerząc się głupio. A przynajmniej powinienem nie być głodny. Mój żołądek trochę uważał co innego, no ale nie miał wyjścia. Musiałem go trochę ogarnąć przed ponowną wędrówką. Przeze mnie jeszcze dużo czasu minie, nim w końcu znajdziemy się na miejscu. – Ale zmęczony za to strasznie. Położyłbym się już na łóżku i wyciągnął – dodałem, rozciągając leniwie obolałe mięśnie. Położyć się, przytulić do Miki'ego, ucałować i powiedzieć mu dobranoc. Tak, tego właśnie w swoim życiu potrzebowałem.
– Pamiętaj, że jeszcze mamy dzisiaj poćwiczyć trochę – powiedział znacząco, na co westchnąłem ciężko. No tak, powinniśmy. Albo raczej, ja powinienem. Gdybym miał skrzydła, nasza podróż minęłaby nam dwadzieścia razy szybciej. A tak? W takim tempie wychodzi na to, że dotrzemy tam dopiero na zimę. Żeby tego uniknąć, musimy w końcu zaryzykować moją chorobą i zacząć wędrować w deszczu, zwłaszcza, że zbliża się ten zimny, wilgotny okres. Na razie Miki wierzy, że uda nam się wybudzić moje skrzydła, a nawet nie jesteśmy pewni, czy one istnieją.
– Tak, tak, pamiętam – mruknąłem, bez większego entuzjazmu. Ćwiczyliśmy w czasie drogi tu i się nie udało. A teraz, jak już wiem, co jest ze mną nie tak, jeszcze bardziej wątpię, że się uda.
– Może więcej wiary? Tak dla mnie? – poprosił, uśmiechając się ładnie. Na wszystkie świętości, jaki on był słodki. I jeszcze w tym upięciu... ja mam mu powiedzieć nie? No nie potrafiłbym. Mam wrażenie, że on to wie. I wykorzystuje przeciwko mnie.
– Dla ciebie mogę mieć tę wiarę – powiedziałem, odwzajemniając ten śliczny uśmiech.
<Owieczko? c:>