Nie zdążyłem nawet pojąć, co się dzieje. W przeciągu kilku sekund Sorey rozwinął skrzydła, jakby było to dla niego czymś zupełnie naturalnym. Wszystko to sprowokował tamten mężczyzna, którego zachowanie wyraźnie przekroczyło granice, na tyle, że gniew mojego partnera eksplodował z siłą, jakiej się po nim nie spodziewałem.
– Sorey, nie! Poczekaj! - Zawołałem, lecz moje słowa odbiły się od niego jak echo w pustce. Ruszył w stronę przeciwnika z furią, zadając mu ciosy pięścią, jeden po drugim.
Zanim zdążyło się to wymknąć całkowicie spod kontroli, rzuciłem się między nimi. Nie mogli walczyć na środku ulicy, nie teraz, nie w tym miejscu, gdzie każdy przechodzień mógł być świadkiem.
- Dość! - Krzyknąłem, używając swoich mocy, by odepchnąć ich od siebie i powstrzymać Soreya przed kolejnym atakiem. Czułem, jak energia drży w powietrzu, jakby cała przestrzeń wokół nas była naładowana jego gniewem.
- Przestań, już wystarczy - Dodałem ciszej, starając się uspokoić drżenie własnego głosu. Mężczyzna, korzystając z okazji, odsunął się i uciekł, chwiejnie, lecz szybko, jak ktoś, kto zrozumiał, że dostał już nauczkę, której długo nie zapomni.
Sorey jednak nie mógł się uspokoić. Oddychał ciężko, a jego skrzydła poruszały się nerwowo, rozcinając powietrze z niebezpieczną siłą.
- Miki, dlaczego mnie powstrzymałeś? – Wykrztusił wściekle. - On zasługiwał na karę! - Patrzyłem na niego, wiedząc, że wystarczy jedno niekontrolowane uderzenie skrzydłem, a ktoś niewinny mógłby ucierpieć. Złość, która w nim buzowała, była jak ogień piękny, ale niszczący. Musiałem znaleźć sposób, by go ugasić, zanim pochłonie nas oboje.
Użyłem swoich mocy, żeby go uspokoić czułem, że tego teraz najbardziej potrzebuje.
- Już dobrze, spokojnie. Nic się nie dzieje - Powiedziałem miękko, obserwując jego sylwetkę. Natychmiast zauważyłem ranę na skrzydle, świeże cięcie, które najpewniej zadał tamten mężczyzna.
Powoli podszedłem, kontrolując energię, bo wiedziałem, że tu potrzebne będzie więcej mocy. Sorey starał się odsunąć mnie od swojego skrzydła, nie chcąc abym się tym zajął.
- Miki, zostaw, to nawet nie boli - Próbował mnie powstrzymać, ale byłem nieugięty. Chciałem go uleczyć, nawet jeśli miałbym to zrobić bez jego zgody.
- Cicho bądź Sorey. Adrenalina jeszcze działa - Odpowiedziałem krótko i przystąpiłem do pracy. Skupiłem energię na ranie, wyczuwając każdy fragment tkanek, każdym ruchem zaciskając i zszywając niewidzialnymi niciami magii. Skrzydło drgało pod moimi dłońmi, ale stopniowo ból ustępował i chociaż świetnie udawał, że nic mu nie jest widziałem, jak krzywi się gdy rana powoli się goi
Gdy wyleczyłem ranę, poczułem ulgę, a wraz z nią ulotniło się napięcie między nami. Uświadomiłem sobie wtedy coś prostego i pięknego: on naprawdę miał skrzydła.
- Sorey, masz skrzydła - Zawołałem cicho, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Przytuliłem go, ignorując ciekawskie spojrzenia przechodniów. Jego oddech zwolnił, a ja trzymałem go przy sobie, aż do pełnego uspokojenia.
Mój partner objął mnie mocno, tak jakby pragnął zasłonić mnie własnym ciałem przed całym światem, jakby tylko w jego ramionach mogło istnieć bezpieczeństwo. Czułem bicie jego serca, szybkie, niespokojne, wiedziałem, że wciąż był w szoku po tym, co się wydarzyło.
- Tak… chyba tak - Wyszeptał drżącym głosem. I to było zrozumiałe. W jednej chwili nie tylko ocalił mnie, ale też wezwał skrzydła, ogromne, potężne, piękniejsze, niż kiedykolwiek mogłem sobie wyobrazić.
- Chyba? - Uniosłem brew, odsuwając się na tyle, by móc spojrzeć mu prosto w oczy. - Spójrz na nie. Są wielkie, majestatyczne i silne. Dzięki nim będziemy mogli polecieć… a ty już nie będziesz musiał się o nic martwić. - Uśmiechnąłem się szeroko, nie kryjąc dumy ani wzruszenia tym faktem.
<Pasterzyku? C:>