Ten pomysł z samotnym bieganiem od początku mi się nie podobał. W głowie krążyła mi tylko jedna myśl:
~ Powinienem pójść z nim - A jeśli coś się stanie? Jeśli potknie się, zasłabnie, cokolwiek…? Kurde, nie zniosę myśli, że miałbym go mieć na sumieniu.
Z drugiej jednak strony… nie mogę go przecież zmuszać do swojego towarzystwa. Może naprawdę chce ode mnie odpocząć. I wcale by mnie to nie zdziwiło. Moje emocje bywają trudne, ciężkie, przytłaczające. Tak, to wiele by wyjaśniało. Muszę przestać być dla niego ciężarem. Tak naprawdę to ja byłem jego problemem. Zawsze ja.
Westchnąłem ciężko, odsuwając się od niego. Zbyt wiele brałem na siebie, a jeszcze więcej do siebie i wszystko to tylko dlatego, że go kochałem. Kochałem jak nikogo innego na świecie.
- No dobrze… pójdę się ogarnąć - Mruknąłem w końcu, odrywając spojrzenie od jego sylwetki. Dałem mu przestrzeń, której najwyraźniej potrzebował, i ruszyłem spokojnie do łazienki.
Chłodna woda orzeźwiła mnie nieco, gdy przemyłem twarz i kark. Zmieniłem ubranie na świeże, jakbym w ten sposób mógł zmyć z siebie choć część przytłaczających myśli. Kiedy wróciłem do pokoju, niemal natychmiast rzuciłem się na łóżko. Dopiero wtedy poczułem całe swoje ciało, obolałe mięśnie przypominały mi o zmęczeniu, które rozlało się po każdym zakamarku organizmu.
Na Boga, jak bardzo byłem zmęczony. A to przecież dopiero pierwszy dzień po powrocie… Ostatnie dni rozleniwiły mnie bardziej, niż sądziłem. Teraz widzę to wyraźnie, dziś przekonałem się o tym na własnej skórze.
Mój panicz dołączył do mnie po dłuższej chwili od momentu, gdy położyłem się do łóżka. Gdy tylko poczułem, że jest obok, odruchowo przytuliłem go do siebie. Właśnie tego najbardziej potrzebowałem w tamtej chwili, jego bliskości, ciepła i obecności. Chciałem go całego, bez reszty, nawet jeśli czasem miałem wrażenie, że jestem dla niego problemem, którego wolałby nie nazywać głośno. Nawet jeśli uciekał od tego ciężaru, wychodząc samotnie na zewnątrz, to teraz, tutaj, był przy mnie. I to wystarczyło, bym poczuł się dobrze, bym stał się częścią jego życia nim znowu zniknie mi z oczu, wychodząc na samotną wędrówkę po lesie.
- Jesteś pewien, że mimo wszystko chcesz iść sam do lasu? - Zapytałem z wyraźnym niepokojem w głosie. - Trochę martwi mnie to twoje poczucie, że ktoś cię obserwuje. A co jeśli ktoś spróbuje cię zaatakować albo… porwać? Naprawdę uważasz, że samotne spacery po lesie są bezpieczne? Może lepiej zostań dziś ze mną w akademiku. A jeśli tak bardzo zależy ci na bieganiu, to mogę pójść z tobą, żebyś nie był sam. - Szczerze się o niego martwiłem. Co, jeśli coś mu się stanie? Nie zniosę tego.
- Haru, przestań. Nic mi nie będzie, poradzę sobie. Nikt nie zechce mnie porwać, naprawdę. - Uśmiechnął się lekko i od razu zmienił temat. - Lepiej skup się na odpoczynku, żebyś jutro rano nie spóźnił się na zajęcia. - Oczywiście. Typowe dla niego. Zbył moją troskę, jakby nie miała żadnego znaczenia. Eh, czasem naprawdę ciężko go zrozumieć.
- Jeśli jesteś tego taki pewien… - Westchnąłem cicho. Postanowiłem dać mu spokój. Nie miałem zamiaru go do niczego zmuszać.
<Paniczu? C:>