Od Mikleo CD Soreya

czwartek, 4 września 2025

|
Nie wiedziałem, czy powinienem ciężko westchnąć z irytacją, czy raczej uśmiechnąć się z czułością. To nie tak, że wątpiłem w jego słowa, ufałem mu jak nikomu innemu. Jednak miałem pełną świadomość, że teraz musi skupić się na czymś ważniejszym niż ja. W tej chwili to jego skrzydła powinny grać pierwsze skrzypce, a ja mogłem być jedynie cieniem, tłem, niczym więcej. Dlaczego on nie potrafił tego zrozumieć? Dlaczego wciąż trudno mu było się skoncentrować? Może powinienem mu w tym jakoś pomóc? Może powinienem wyjść z pokoju, zostawić go samego, by znalazł w sobie siłę? Nie wiedziałem, co zrobić.
- Sorey, proszę cię, skup się na pracy, a nie na mnie. Jestem tutaj i będę obok, ale jeśli dalej nie będziesz koncentrować się na tym, na czym powinieneś, wyjdę i zostaniesz sam - Powiedziałem stanowczo, choć w moim głosie pobrzmiewała troska.
Od razu zauważyłem, jak zmienia się jego wyraz twarzy. Uśmiech zniknął, a jego miejsce zajęło zmartwienie. Bał się, nie samotności, ale mojego odejścia. Nie tego pragnął. Chciał, żebym przy nim był. Właśnie dlatego postanowiłem wykorzystać ten strach, by nakierować go na właściwy tor. On potrzebował tego bardziej niż czegokolwiek innego. On, nie ja. Moje skrzydła już istniały, a jego wciąż wymagały pracy, cierpliwości, wytrwałości, siły. Musiał dorosnąć do roli, którą los mu wyznaczył.
- Dobrze, już dobrze… skupię się na tym, tylko proszę, nie wychodź - Poprosił, a w jego głosie zabrzmiała nuta desperacji. Rozsiadł się wygodniej na kocu, który mu wcześniej rozłożyłem, i westchnął ciężko, jakby chciał wypuścić z siebie cały nagromadzony niepokój.
Tak mijał czas, próba za próbą. Raz po raz podejmował wysiłek, powtarzał ruchy, koncentrował się, a jednak początkowo nic z tego nie wychodziło. Widziałem, jak zaciskał dłonie, jak jego czoło marszczyło się w skupieniu, a w oczach pojawiała się niepewność. Mimo to nie poddawał się, i właśnie to miało dla mnie największe znaczenie.
Nie oczekiwałem od niego natychmiastowych sukcesów. Chciałem tylko, by uwierzył w siebie, by zobaczył, że potrafi. Dla mnie każda jego próba była krokiem naprzód, dowodem na to, że walczy. Wierzyłem, że w końcu osiągnie cel, nawet jeśli droga okaże się dłuższa, niż ktokolwiek przypuszczał. Lepiej późno niż wcale.
- Miki… ja nie potrafię, przepraszam. Nie mogę się skupić, kiedy jesteś obok. To nie działa tak, jakbym chciał - Wyznał drżącym głosem, jakby ciężar porażki nagle przygniótł go do ziemi. Załamywał się bez powodu, a przecież nie musiał. Wiedziałem, że to nie stanie się od razu. Wiedziałem, że na takie rzeczy trzeba czasu, cierpliwości i wytrwałości. Jego skrzydła nie pojawią się w jednej chwili, musi najpierw uwierzyć w siebie, pozwolić, by ta wiara go poprowadziła.
- Spokojnie - Powiedziałem miękko, a w moim głosie nie było ani cienia wyrzutu. - Nie oczekiwałem, że od razu ci się uda. Najważniejsze, że próbujesz. To właśnie jest klucz do sukcesu. - Podszedłem bliżej, patrząc w jego oczy, w których mieszały się wstyd i nadzieja. Czułem, jak kruche było to, co budował, jak cienka nić wiary trzymała go jeszcze w pionie. Chciałem mu pomóc, chciałem, by wiedział, że nie jest sam.
Pochyliłem się, a moja dłoń lekko musnęła jego policzek. Potem, bez wahania, ucałowałem jego usta, delikatnie, ciepło, jakby sam pocałunek miał go wesprzeć w tej trudnej dla niego sytuacji.

<Pasterzyku? C:>