Od Mikleo CD Soreya

niedziela, 14 września 2025

|
 Doskonale rozumiałem jego obawy. Skrzydła potrafiły stać się ogromnym ciężarem, czasem nawet przekleństwem, jeśli ktoś nie potrafił nad nimi zapanować. Nie każdy Serafin od razu radził sobie z tym darem, wielu gubiło się w poczuciu strachu, wstydu czy bezsilności. Najlepsi nauczyciele, ci związani z żywiołem powietrza, potrafili prowadzić innych z cierpliwością i lekkością, jakby oddychanie i latanie było jedną czynnością. Niestety, nie mieliśmy kogoś takiego u swojego boku. Pozostawało więc tylko jedno, przekazać mu to, co sam zdążyłem się nauczyć, nawet jeśli nie byłem w tym doskonały.
Latanie nigdy nie było moją mocną stroną. O wiele pewniej i szybciej czułem się w wodzie, tam byłem w swoim żywiole, tam ruch był dla mnie naturalny, prosty i intuicyjny. W powietrzu wciąż czułem się obco, jakbym wkraczał na terytorium, które nie do końca do mnie należało. A jednak… nie to było ważne. Ważne było, by on nie został sam ze swoim lękiem. Mogłem nauczyć go wszystkiego, co sam potrafiłem, i dopilnować, by nie zrobił nikomu krzywdy. Najważniejsze jednak było, by chronił samego siebie, bo skrzydła, choć piękne i majestatyczne, potrafiły być równie zdradliwe...
Patrzyłem na niego spokojnie, starając się nie przejmować jego napięciem. Każdy ruch, każda linia jego ciała zdradzały niepokój. Usiadłem okrakiem na jego nogach, zbliżając się tak, aby czuł moją obecność i pewność. Ująłem jego rozgrzane policzki w dłonie, delikatnie, lecz stanowczo, jakbym chciał uziemić go w tym momencie, nie pozwolić, by odpłynął myślami w wir strachu.
- Nie zamartwiaj się tak - Powiedziałem cicho, choć z wyraźną siłą w głosie. - Nie ma powodu do obaw. Nauczę cię wszystkiego, co sam potrafię, choć nie jestem mistrzem latania. Wiem jednak, jak ukrywać skrzydła i jak nad nimi panować. Wiem też, że strach w niczym nie pomaga, tylko więzi, tylko odbiera oddech i wolność. - Przesunąłem kciukiem po jego policzku, zmuszając go, by spojrzał mi prosto w oczy. Chciałem, żeby dostrzegł we mnie szczerość, by zobaczył, że mówię prawdę, że nie zamierzam go oszukać ani zostawić samego. - Musisz im zaufać - Kontynuowałem łagodniej. - Musisz zaprzyjaźnić się ze skrzydłami, pozwolić im być częścią siebie. Tylko wtedy staniecie się jednością. Tylko wtedy będą cię słuchać, a ty będziesz mógł polegać na nich w pełni. Bo skrzydła nie są wrogiem. One nie są twoim przekleństwem. To ty decydujesz, czy staną się twoją siłą. - Patrzyłem głęboko w jego oczy, nie odwracając spojrzenia, pragnąc, aby poczuł, że stoję po jego stronie. Chciałem, żeby zrozumiał, że zrobię wszystko, by opanował swoje skrzydła, by nauczył się nie tylko ich używać, ale też ich nie bać. Żeby wreszcie uwierzył, że kontakt ze mną w tych chwilach nie oznacza zagrożenia. Że nawet gdy skrzydła się pojawią, nie odsunę się od niego, przeciwnie, będę obok, gotów pomóc.
Był dla mnie ważniejszy, niż mógł przypuszczać. Dlatego musiał zaufać, skrzydłom, sobie i mnie.
- A co jeśli cię skrzywdzę? - Zapytał, przerażone tą myślą, którą niepotrzebnie podsycał strach.
- Sorey nie skrzywdzisz mnie, skrzydła nie krzywdzą, nawet jeśli w tym momencie tak ci się wydaje, oczywiście są piękne, potężna i niebezpieczne, ale jeśli tylko mi zaufasz i nie będziesz się mnie i o mnie bał, pokażę ci jak nad nimi zapanować - Zaproponowałem, uśmiechając się do niego najcieplej jak tylko potrafiłem.

<Pasterzyku? C:>

Etykiety