Od Mikleo CD Soreya

środa, 3 września 2025

|
Musiałem dopilnować, aby popracował nad sobą. Tylko jak? Nie do końca wiedziałem, w jaki sposób powinienem się za to zabrać. Nigdy nie byłem dobry w takich sprawach, właściwie w ogóle nie miałem doświadczenia. Nie znałem się na tym, nie wiedziałem, jak poprowadzić go w tej drodze. We mnie samym wiara zawsze była obecna, nie musiałem jej zdobywać ani pielęgnować w specjalny sposób. Po prostu wierzyłem, a to wystarczało mi, by czuć pełnię szczęścia. Ale co miałem zrobić z nim? Jak mogłem mu pomóc, jeśli dla niego wszystko wyglądało inaczej?
Nie byłem jeszcze pewien odpowiedzi, lecz jedno wiedziałem na pewno, zrobię wszystko, by nauczył się wierzyć w siebie. Bo właśnie tak postępuje prawdziwy przyjaciel i partner w jednym. Wspiera, podnosi, kiedy tamten upada, i przypomina, że siła jest w nim samym, nawet jeśli chwilowo o niej zapomniał. To się nigdy nie zmieni, zawsze będę stał obok i trzymał się tej wiary, że razem możemy pokonać każdą słabość i znaleźć drogę do światła.
- Idziesz się umyć? - Zapytałem, wychodząc z łazienki i zbierając włosy w niedbały kucyk. Luźne kosmyki zaczynały mnie irytować, a spięte były o wiele łatwiejsze do opanowania.
- Tak, tak, już idę - Odpowiedział, kierując się w stronę łazienki. Zniknął za drzwiami, a ja zostałem sam w pokoju, otoczony ciszą, która natychmiast zmusiła mnie do myślenia.
Musiałem w końcu zdecydować, jak z nim rozmawiać. Jak znaleźć słowa, które sprawią, że zacznie w siebie wierzyć. To było dla mnie najważniejsze, by wreszcie zobaczył w sobie wartość, którą ja dostrzegałem od dawna. Niczego innego tak naprawdę nie pragnąłem, tylko jego szczęścia. Wiedziałem, że jeśli on nauczy się ufać samemu sobie, cała reszta przyjdzie naturalnie. A ja byłem gotów zrobić wszystko, żeby mu w tym pomóc.
- Jestem już gotowy - Usłyszałem głos mojego partnera. Od razu posłałem mu ciepły uśmiech, rozkładając koc na podłodze.
- Cudownie. W takim razie proszę, usiądź tutaj i spróbuj skupić się wyłącznie na sobie. Tak, jakby nic poza tobą nie istniało - Powiedziałem spokojnie, starając się, by mój ton dodał mu otuchy.
Miałem nadzieję, że to choć odrobinę mu pomoże. A nawet jeśli nie od razu, to i tak byłem gotów zrobić wszystko, by tak się stało. Bo właśnie na tym polegała moja rola, być obok, wspierać i przypominać mu, że jest ważny i że potrafi odnaleźć w sobie siłę.
Sorey westchnął ciężko, a po jego twarzy od razu dało się poznać, że to, czego od niego oczekuję, zupełnie mu się nie podoba. Nie miał jednak wyboru, musiał pogodzić się z tym, że dziś będziemy ćwiczyć, choćby nie miał na to najmniejszej ochoty. Wiedziałem, że prędzej czy później jego skrzydła się pojawią. I mogłoby się zdawać, że to tylko kwestia czasu… lecz ja miałem zamiar dopilnować, aby tak właśnie się stało. Tego mógł być pewien.
- Naprawdę musimy się w to bawić? - Zapytał, naburmuszając się i lekko pusząc policzek.
- Musimy. Właśnie tak, musimy. Nie masz tutaj innego wyjścia - Odparłem, siadając na łóżku i splatając dłonie na kolanach. - No już, spróbuj skupić się na sobie, tak jakby mnie tu wcale nie było. 
- Dodałem spokojniej, wpatrując się w niego uważnie swoimi lawendowymi oczami.

<Pasterzyku? C:> 

Etykiety