Moje skrzydła? Cóż, to prawda, były wyjątkowe. Wyjątkowe w ten specyficzny, inny sposób: delikatne, lekkie, jakby utkane z porannej mgły. W pewnym sensie przypominały całego mnie. Drobnego, niewielkiego, trochę kruchego. Ich barwa była dokładnie taka sama jak kolor moich włosów, przez co wyglądały, jakby były naturalnym przedłużeniem mnie samego. Idealnie do mnie pasowały, jakby ktoś zaprojektował je specjalnie tylko dla mnie.
Nigdy jednak głębiej się nad nimi nie zastanawiałem. Takie były i już.
- Cóż.. Pamiętam, że kiedyś dziadek wspomniał mi mimochodem, iż skrzydła Serafinów różnią się od skrzydeł zwykłych aniołów. Że noszą w sobie inny blask, inne piętno. Może właśnie dlatego moje skrzydła od zawsze były odmienne, niepodobne do niczyich innych. - Wyjaśniłem, to myśl wydała mi się wystarczająca, by nie drążyć tematu. - Tak więc chyba dlatego są po prostu inne - Wyjjaśniłem cicho, unosząc kąciki ust w delikatnym uśmiechu.
Sorey patrzył na mnie uważnie, jakby próbował w moich słowach odnaleźć coś więcej, niż w nich było. Skinął lekko głową, nie przerywając ciszy, która między nami zawisła. Przez chwilę zdawało mi się, że rozumie, że dostrzega w moich skrzydłach nie tylko odmienność, ale i znaczenie, którego ja sam jeszcze nie pojmowałem.
- Rozumiem, rozumiem - Powtórzył w końcu, a jego głos zabrzmiał ciepło, łagodnie. Ruszył naprzód drogą, którą go prowadziłem, a ja, podążając tuż obok, poczułem dziwną ulgę. Może rzeczywiście łatwiej się tego wyjaśnić już nie dało.
Podążaliśmy wąską ścieżką, raz po raz zerkając na mapę, która wskazywała nam drogę. Każdy krok przybliżał nas do jaskini. Miejsca, które na tę jedną noc miało stać się naszym schronieniem przed światem. Cisza lasu otulała nas jak płaszcz, a jedynym dźwiękiem był rytmiczny odgłos naszych kroków i cichy szelest liści pod butami.
Kiedy wreszcie dotarliśmy do celu, usłyszałem za sobą zmęczony głos Soreya:
- Padam na twarz… - Zdjął z ramion ciężki plecak i z westchnieniem ulgi odstawił go w kąt jaskini. Na jego twarzy widać było wyczerpanie, ale i ulgę, że droga dobiegła końca.
- Wiem, Sorey, zdziwiłoby mnie gdybyś nie był zmęczony - Odpowiedziałem miękko, kładąc mu dłoń na ramieniu. - Na szczęście możesz już odpocząć. Usiądź, zjedz coś, a potem połóż się spać. - Uśmiechnąłem się do niego łagodnie, chcąc choć trochę ukoić jego zmęczenie.
W jaskini panował chłód, ale po trudach całego dnia zdawała się ona miejscem niemal gościnnym. Blask tlącego się ognia odbijał się od nierównych ścian, rozpraszając cienie i dając nam poczucie bezpieczeństwa. Przez moment pomyślałem, że może właśnie takie chwile, wspólne milczenie pośród zmęczenia, są warte więcej niż niejedna wielka przygoda.
Mój partner uśmiechał się do mnie tajemniczo, a w jego spojrzeniu błyszczała iskra, której nie potrafiłem zignorować. Delikatnym gestem przyciągnął mnie bliżej siebie, jakby pragnął skrócić choć odrobinę przestrzeni dzielącej nas w tym chłodnym wnętrzu jaskini.
- A może spędzimy ten czas inaczej? I trochę się rozgrzejemy? - Zaproponował półszeptem, a jego uśmiech nabrał zadziornego, figlarnego wyrazu.
Poczułem, jak serce zabiło mi mocniej, a mimo to nie mogłem powstrzymać łagodnego uśmiechu, który sam zagościł na mojej twarzy.
- Możemy spędzić ten czas dokładnie tak, jak zechcesz - Odpowiedziałem miękko. - Ale… najpierw pozwól, że przygotuję ci kolację. - Spojrzałem na niego z troską, nie chcąc, by zmęczenie całkowicie go przytłoczyło. - A jeśli po posiłku będziesz miał jeszcze siłę, możemy potrenować twoje latanie. Co o tym myślisz? - Chciałem dla niego wszystkiego, wszystko co mogłem mu dać.
<Pasterzyku? C:>