Wtuliłem się w mojego chłopaka, biorąc głęboki wdech i wydech. Jeszcze do mnie nie docierało to, że jestem wolny... tak jakby. Ta dwójka dalej tam była, i albo byli żądni zemsty za jego kolegę, albo się przestraszą. Tego nie wiem. Trochę nawet żałowałem, że nie pozbyłem się reszty, ale miałem czasu. Gdyby nie Haru, zniszczyłbym tamtych... ale nie dość, że nie chciałem go narażać, to i nie chciałem, by był świadkiem tego aktu. Co jak co, ale czułem, że on by tego nie zrozumiał. Jest zbyt dobry, zbyt kochany, wolałby inne załatwienie konfliktu, jeżeli jest taka możliwość. A taka możliwość była, w końcu mogłem uciec, albo kazać mu wykonać cokolwiek.
Lepiej, aby się nie dowiedział o tym nigdy.
- Wiem. Może... może już dadzą mi spokój – powiedziałem, wtulając się w jego ciało. Brakowało mi go tak strasznie... Ale to okropnie.
- Nawet się nie zbliżą – powiedział, gładząc moje włosy. - Wiem, że jesteś zmęczony, i chciałbyś się najchętniej położyć, ale musimy zgłosić opiekunom, że wróciłeś. I że cię porwano – dodał, na co delikatnie zadrżałem. Czyli zgłosił moją nieobecność.. Babka też już wie, w takim razie. Wczesnym rankiem tutaj przybędzie. A do tego niedaleko, już zaczęło świtać. Kiedy uciekłem, pojawiła się w moim wnętrzu nadzieja, że może tego uniknę, ale nie, oczywiście, że nie. To byłoby za piękne.
Nie mogę się jej pokazać w tym stanie.
- Rozumiem. Tylko umyję twarz.. Mam dosyć tej krwi – powiedziałem, odsuwając się od niego. I dopiero w tej chwili dostrzegłem, że ubrudziłem jego bluzę – moją krwią, jak i tą należącą do jednego z mojego porywaczy.. - Szlag, ubrudziłem cię. Przepraszam. Odkupię ci tę bluzę – obiecałem, czując się trochę winien tych paskudnych plam.
- Nie przejmuj się. Chodź, pomogę ci. I opatrzę to rozcięcie – odparł, chwytając moją dłoń, by zabrać mnie do łazienki.
Dałem mu się sobą zająć. W końcu, czemu bym nie miał? Pozwoliłem mu umyć moją twarz, łagodnie, delikatnie, opatrzyć z uwagą to głupie rozcięcie, które jakoś tak dopiero mnie zaczęło bardziej boleć. Byłem tak niewyobrażalnie zmęczony, głowa była ciężka, czułem piasek pod powiekami, a także niepokój w sercu. Nie wiedziałem, do czego zdolni są tamci mężczyźni. Teraz... żadnego wahania. Niech się teraz spróbują zbliżyć.
Haru w pewnym momencie chwycił moje nadgarstki, delikatnie, jakby moje ręce były zrobione ze szkła. Przesunął palcem po zdartej od lin skórze, a ja wyczułem w jego sercu gniew. Nie podobało mu się to, że zostałem skrzywdzony. Następnie zajął zajmować się okaleczeniami na moich palach.
- Jak się uwolniłeś? - spytał po chwili, unosząc głowę.
- Wykorzystałem ich nieuwagę, znalazłem kawałek szkła, pokaleczyłem sobie palce. A że się upili, nie było ciężko ich wyminąć. Myślę, że dobrze zrobiłem. Na początku chciałem poczekać, bo babka na pewno by kogoś tu do mnie wysłała. Ale później zdałem sobie sprawę, że gdyby chcieli mnie wypuścić później, zakryliby mi oczy. Więc albo zamierzali mnie zabić, albo byli głupi. Jedno z dwóch – wyjaśniłem, patrząc na swoje palce. - Nie będzie zadowolona – dodałem, cicho, do siebie, nagle zdając sobie z tego sprawę.
- Kto? - zapytał Haru, delikatnie łapiąc moje ręce.
- Babka. Że dałem się tak łatwo podejść. Że coś takiego miało miejsce. Gdybym się nie powstrzymywał od początku, nic z tego nie miałoby miejsca. Znów pewnie stwierdzi, że to przez ludzkie geny – wyjaśniłem cicho, już czując jej spojrzenie na sobie, pełne zawodu. - Chodźmy. Chcę mieć to już za sobą - dodałem, chcąc już się podnieść, i podejść do opiekunów.
<Wilczku? c:>