Od Mikleo CD Soreya

sobota, 13 września 2025

|
Widziałem jego posiłek, niezbyt duży, ale chyba wystarczający. Najważniejsze, że w ogóle coś zjadł. Ilość nie miała dla mnie takiego znaczenia, choć w głębi serca pragnąłem, aby zjadł więcej, by poczuł się silniejszy. Jednak czułem, że nie ma na to ochoty. Martwiłem się o niego bardziej, niż pewnie powinienem, lecz nie potrafiłem inaczej. Chcę przecież dla niego jak najlepiej. Czasami zastanawiam się, czy nie przesadzam ze swoją troską… a może jednak nie?
Powinienem był z nim o tym porozmawiać, zapytać, co czuje. Ale zabrakło mi odwagi. Widziałem jego uśmiech, ten sztuczny, wyćwiczony, zakładay niczym maska. Przede mną nie umiał go ukryć. Zrozumiałem, że coś jest nie tak, a jednak pozwoliłem mu jeść w spokoju, nie chcąc zabierać mu tej chwili.
- Cieszę się. Smacznego - Powiedziałem łagodnie, odwzajemniając jego uśmiech. Chciałem dać mu trochę ciepła, nawet jeśli czasem mimowolnie popycham go do rzeczy, których nie chce. Wiem przecież, że powinienem go słuchać, on najlepiej zna swoje ciało. Ale w tamtej chwili nie potrafiłem się powstrzymać. Martwiłem się i chciałem tylko jednego: by był najedzony, by miał siłę, póki miał ku temu okazję.
- Dziękuję - Odpowiedział Sorey i jadł dalej, spokojnie, bez zbędnych słów. I może to było dobre. Cisza sprzyjała skupieniu. W końcu mówi się, że podczas posiłku nie powinno się za dużo rozmawiać, bo ciało może stać się własnym przeciwnikiem, a jedzenie nie trafi tam, gdzie powinno.
- Trochę lepiej się czujesz? Żołądek pełniejszy? - Zagadnąłem w końcu, niemal jak do dziecka. Bywa, że nie traktuję go wystarczająco poważnie. W moich oczach zawsze pozostanie tym, którego trzeba chronić, tym, który potrzebuje mojej opieki. A jednocześnie, paradoksalnie, jest kimś, kto daje mi wszystko, czego świat nigdy nie zdołał mi ofiarować.
- Miki, bardzo cię proszę, nie mów do mnie jak do dziecka. Jestem dorosły i umiem o siebie zadbać - Burknął. Poczuwszy w jego głosie irytację, zrozumiałem, że trochę się na mnie obraził. Nie powinienem tak do niego mówić. Choć nie robiłem tego celowo, czułem, że przesadzałem. Może muszę dać mu więcej swobody, żeby mógł poczuć się lepiej. W końcu to on najlepiej zna siebie, ja nie wiem, jak to jest być nim, a on nie wie, jak to jest być mną. Może właśnie dlatego czasem zakłada tę maskę: żeby ukryć przede mną to, co czuje z mojego powodu.
- Przepraszam - Odpowiedziałem prawie natychmiast, drapiąc się nerwowo po głowie. - Nie chciałem cię upokorzyć ani robić ci na złość. Po prostu się martwię, nic poza tym - Dodałem i spróbowałem uśmiechnąć się jak najłagodniej.
- Już nie gniewam się - Odparł. - Lepiej chodźmy nad jezioro. Chciałbym spędzić z tobą trochę czasu. - Szczerze ucieszyłem się na tę propozycję. Jeziora brakowało mi bardziej, niż się przyznawałem, i wcale tego nie ukrywałem. Poczułem, jak ciało się rozluźnia; jeśli tylko Sorey będzie chciał, może, kto wie, spróbujemy jeszcze raz tej bliskości, której jeszcze trochę nie rozumiem, chociaż bardzo mi się podobała.
- Tak? Już, idziemy? Super, już nie mogę się doczekać - Odparłem naprawdę entuzjastycznie podnosząc się z krzesła, gotów już ruszyć w drogę, czekając już tylko na niego.

<Pasterzyku? C:> 

Etykiety