Jak to nie chciał jeść? Nie mieściło mi się to w głowie. Przecież posiłek to nie zachcianka, nie fanaberia, tylko konieczność. Organizm potrzebuje sił, a on doskonale o tym wie. Dlaczego więc odstawia takie numery? Czułem, że moje myśli zaplątują się w nerwowość i troskę jednocześnie. To dla mnie zupełna nowość, nigdy wcześniej nie spotkałem się z takim podejściem, i szczerze mówiąc, zupełnie nie wiedziałem, jak mam na to reagować.
- Sorey - Odezwałem się spokojnie, choć głos drżał mi lekko od powstrzymywanej irytacji. Brzmiało to tak, jakbym mówił do dziecka, które uparcie odmawia czegoś oczywistego.
- Tak mam na imię - Odparł od razu, uśmiechając się tak szeroko, że aż poczułem, jak coś we mnie mięknie. Ten uśmiech był jak słońce, które rozprasza burzowe chmury i trudno było go skarcić, gdy patrzył na mnie tak uroczo, z taką niewinną beztroską w oczach.
- Dobrze wiesz, o co mi chodzi. Musimy sobie poważnie porozmawiać. Nie może być tak, że ty nie będziesz jeść - Mówiłem spokojnie, próbując zapanować nad sobą. - Musisz coś zjeść, Sorey. To nie jest kwestia wyboru. - Przypominałem mu, mając wrażenie, że o tym zapomina
- Muszę to się wykąpać - Stwierdził nagle, jakby w ogóle nie słyszał moich słów. - I to natychmiast. - Nim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, chwycił moją dłoń i pociągnął w stronę pokoju, w którym jeszcze się zatrzymaliśmy. Był szybki, stanowczy, w jego ruchach było coś przewrotnego, jakby już dawno wymyślił sposób, by zepchnąć temat rozmowy na dalszy plan.
- Usiądź - Polecił, delikatnie popychając mnie na brzeg łóżka. - Daj mi chwilę, ogarnę się i pójdziemy nad jezioro. - Mówił tak naturalnie, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie, jezioro, spacer, kąpiel, wszystko tylko nie jedzenie. Odwrócił się ode mnie, zamknął się w łazience i zostawił mnie z całą tą bezsilnością. Jeszcze sekundę wcześniej miałem gotowe słowa, którymi chciałem go przywołać do porządku, ale one rozproszyły się wraz z odgłosem zatrzaskiwanych drzwi.
Zostałem sam, z oczami utkwionymi w pustkę pokoju. Powietrze wydawało się cięższe, a cisza przygniatała mnie bardziej niż zwykła kłótnia.
I co teraz? Mogłem sobie gadać w próżnię. Dlaczego on musi zachowywać się jak dziecko? Dlaczego ucieka przed tym, co nieuniknione? Czasem naprawdę trudno z nim wytrzymać. Bywa cięższy niż na początku, gdy dopiero się poznaliśmy, wtedy jego upór wydawał mi się częścią uroku. Teraz… teraz bywał zwyczajnie męczący. A mimo to wiedziałem, że zaraz wróci z tym swoim błyskiem w oczach i z uśmiechem, który znowu sprawi, że cała moja złość gdzieś się rozmyje. I to dopiero było w nim najbardziej niebezpieczne.
Wyczekiwałem powrotu mojego partnera, nie mając zamiaru odpuścić mi posiłku, niech sobie mówi co chce, zachowuje się jak chce ale ma zjeść i ja tego dopilnuje.
Oczywiście jak myślałem tak uczyniłem, Sorey od razu po pojawieniu się obok chciał pójść nad jezioro, oczywiście ja też chciałem i to bardzo, jednakże są rzeczy ważniejsze i ja mu o nich przypomnę.
- Nawet nie próbuj się wymigiwać, pójdziemy na obiad, zamówisz coś, a dopiero później pójdziemy nad jezioro i zdania nie zmienię. - Odparłem ostro, widząc że w tej sytuacji inaczej się po prostu nie da.
<Pasterzyku? C:>