Nie podobało mi się to, że dzisiaj przecież miał chodzić głodny. Nie powinno się tak dziać. Powinien zawsze chodzić najedzony. Wychodzi więc na to, że muszę pójść dzisiaj na zakupy; przede wszystkim zamówić obiad jemu, sobie, a także kupić coś na najbliższe dni na śniadania i kolacje. Co prawda, mamy możliwość, by udać się na stołówkę, ale jak ma to tak wyglądać to już wolę mu zapewnić coś, co on będzie jadł. Może też jakieś składniki na obiad...? By nie musiał aż tak dużo gotować, zwłaszcza po szkole, kiedy nie ma się zbyt dużo ochoty na cokolwiek.
Do pokoju wróciłem dużo później, niż miałem pierwotnie w planach, ale zrobiłem chyba wszystko. Zarezerwowałem dla nas stolik, zdobyłem alkohol, obiad na dzisiejszy dzień, który tylko trzeba było odgrzać, no i zakupy. Nie pamiętam, kiedy ja ostatni raz się zajmowałem takimi rzeczami, zazwyczaj robiła to służba.
Obładowany do granic możliwości ostrożnie położyłem dwa pudełka z obiadem, a następnie zabrałem się za rozpakowywanie zakupów. Wszystkie składniki, jakie zakupiłem, były oczywiście najwyższej jakości; nie mogłem przecież pozwolić, by jadł coś gorszego, niż ja. Kupiłem chyba wszystko, co wydało mi się potrzebne, i co byłem w stanie unieść; trochę pieczywa, mleko, jajka, troszkę warzyw, makaron, ryż, no i mięso, w tym boczek i szynki właśnie bardziej na śniadania i kolacje. Byłem zmęczony, ale zadowolony z siebie, że to wszystko ogarnąłem. Oby tylko mi Haru nie wyskoczył z tym, że nie jest głodny. Nie dość, że się zdenerwuję, to będzie mi też zwyczajnie przykro. Dla siebie nie robiłbym takich zakupów.
Kiedy już wszystko rozłożyłem, mogłem usiąść do obiadu, który dalej był ciepły. Jeżeli Haru wróci niebawem, nic nie będzie musiał zrobić. I miałem szczerą nadzieję, że stek mu posmakuje. Specjalnie dla niego poprosiłem o wysmażenie krwiste, które powinno mu posmakować.
I w tym samym momencie, jak myślałem o Haru, ten wszedł do pokoju. Zmęczenie, irytacja i smutek, które mu towarzyszyły, ustąpiły miejsca iskierce radości i temu wspaniałemu uczuciu, którym była miłość. A może raczej zauroczenie? Odłożyłem sztućce i podszedłem do niego, by go przywitać.
– Nareszcie jesteś – powiedziałem zadowolony, przytulając się do niego.
– Też się cieszę, że cię widzę – odpowiedział, całując mnie w czubek głowy.
– Wróciłeś w samą porę. Kupiłem nam obiad, dosyć niedawno, więc dalej jest ciepły, możesz zasiąść ze mną do stołu. Zrobiłem dla nas zakupy, w sumie to głównie dla ciebie, jakby był właśnie dzień taki, jak ten, w którym nie masz nic na nic ochoty. O, i jeszcze udało mi się załatwić alkohol, zrobiłem nam rezerwację... zadbałem o wszystko – powiedziałem z dumą, czekając na jego reakcję. Miałem nadzieję, że się ucieszy, doceni to, co zrobiłem, i nie będzie mi mamrotał, że nie chce.
<Wilczku? c:>