Od Mikleo CD Soreya

poniedziałek, 1 września 2025

|
No i właśnie o to chodziło. Zawsze powtarzano, że wiara czyni cuda, a ja postanowiłem wierzyć, nawet jeśli on pewnego dnia przestanie. W głębi serca wolałbym jednak, żebyśmy oboje wierzyli. Jego własna wiara mogłaby go unieść, sprawić, że stanie się kimś silniejszym, lepszym. Moja wiara, choć szczera i niewyczerpana, nie wystarczy, by dać mu skrzydła. To on sam musi w siebie uwierzyć, by w końcu naprawdę rozwinęły się za jego plecami. Ja mogę jedynie czekać, wspierać i powtarzać mu, że potrafi. Bo wierzę w niego, i chcę, żeby on wierzył w siebie tak samo mocno, jak ja wierzę w niego.
- Mówisz tak dlatego, że naprawdę w to wierzysz? - Zapytałem cicho, zerkając na niego kątem oka, jedząc powoli swój skromny posiłek. - Czy tylko dlatego, że chcesz mnie uszczęśliwić? - Zapytałem, na chwilę odsuwając od twarzy talerz.
-Mówię tak, bo wiem, że ty w to wierzysz. A skoro ty w to wierzysz, to i ja będę w to wierzył - Odparł bez wahania.
Jego słowa, zamiast mnie pocieszyć, sprawiły, że w sercu poczułem ciężar. To przecież nie tak miało być. Nie chciałem, żeby wierzył dlatego, że ja wierzę. Powinien wierzyć dlatego, że tego pragnie, że sam w sobie odnajdzie siłę, nie dlatego, że ja stoję obok i podtrzymuję go, kiedy słabnie.
- Obawiam się, że moja wiara nie wystarczy - Westchnąłem, odkładając sztućce i spoglądając na niego poważniej. - Może nie pomoże ci tak, jakbyś tego chciał, chodź będę się starał, wspierał cię i będę przy tobie gdy tylko będziesz tego potrzebował - Zapewniłem całując jego policzek.
- Myślę, że dopóki ty wierzysz we mnie, ja sam nie muszę wierzyć w siebie - Stwierdził z niepokojącą pewnością.
I znów wróciliśmy do punktu wyjścia. On wolał oprzeć się na mojej wierze, zamiast poszukać własnej. Oddawał mi odpowiedzialność za to, co powinno rodzić się w nim samym. Wierzył we mnie, choć wcale nie musiał, a ja… ja wciąż wierzyłem, że pewnego dnia nauczy się wierzyć w siebie.
Westchnąłem z irytacją, bo naprawdę nie wiedziałem już, jak mam z nim rozmawiać, aby w końcu zrozumiał, co próbuję mu przekazać.
- Sorey, to tak nie działa - Powiedziałem spokojnie, choć wewnątrz czułem narastającą frustrację. - Moja wiara może cię wesprzeć, może dodać ci sił i pomóc wznieść się wyżej, ale nie możesz opierać się wyłącznie na niej. Jeśli będziesz żył tylko moją wiarą, nigdy nie odnajdziesz własnych skrzydeł. Musisz sam uwierzyć w siebie, tylko wtedy się pojawią. - Mówiąc to, miałem nadzieję, że moje słowa wreszcie do niego dotrą, że w jakikolwiek sposób poruszą w nim coś głębszego. Wiem, że to trudne. Wiem, że czasami wiara w siebie wymaga więcej odwagi niż jakakolwiek walka. Ale moja nadzieja nigdy nie zgaśnie, będę powtarzać mu to tyle razy, ile będzie trzeba.
- Tylko, jak mam wierzyć w siebie, kiedy jestem tylko zwykłym beznadziejnym człowiekiem? - Wyszeptał, opuszczając swoją głowę.
Od razu uchwyciłem jego dłoń mocniej, a na mojej twarzy pojawił się łagodny uśmiech. 
- Nie myśl tak o tym, nie myśl o sobie jak o kimś słabym, spójrz na siebie moimi oczami. I chociaż spróbuj siebie uwierzyć dobrze? - Zaproponowałem, tak niewiele od niego oczekując.

<Pasterzyku? C:>