Ciesząc się widokiem, jaki rozciągał się przed moimi oczami, odruchowo mocniej uchwyciłem jego dłoń i pociągnąłem go w stronę drzwi wyjściowych z akademika. Serce biło mi szybciej, jakby samo przeczuwało, że ta chwila mogłaby trwać wiecznie.
- Nie boisz się, że ktoś nas zobaczy? - Zapytałem cicho, zerkając na mojego chłopaka, który szedł przy moim boku. Dostrzegłem, jak nerwowo rozgląda się dookoła. Coś było nie tak. A może tylko mi się wydawało? Może znowu przesadzałem, dopowiadając sobie więcej, niż faktycznie widziałem. Tak, zdecydowanie za dużo sobie dopowiadam. Ale mimo to nie mogłem pozbyć się tej niepewności. Lepiej, żeby sam powiedział, co go tak martwi, zanim sam się zagubię we własnych domysłach.
- Nie. Dlaczego miałbym się bać? - Odparł, rzucając mi krótkie spojrzenie kątem oka.
- No wiesz… trochę tak to wygląda - Odpowiedziałem, chcąc zwrócić mu uwagę, że nie ukryje przede mną swojego zdenerwowania.
Chłopak westchnął cicho, jakby musiał zmierzyć się z czymś, o czym wcale nie chciał mówić.
- Trochę się stresuję. Wiem, że ktoś mógłby donieść babci… To tylko tyle, a może aż tyle. Nie chcę, żeby nas rozdzielono. A tak właśnie by się stało, gdyby dowiedziała się, że się z tobą spotykam - Przyznał w końcu, a w jego głosie pobrzmiewał szczery strach.
Doskonale go rozumiałem. Miał pełne prawo się bać, bo ja sam też czułem podobny niepokój. A jeśli faktycznie by nas rozdzielono? Sama myśl o tym, że mogę go stracić, przerażała mnie bardziej niż cokolwiek innego. Nie to było moim celem. Ja go kochałem. Chciałem, żeby był przy mnie.
Ścisnąłem mocniej jego dłoń, zatrzymując się na chwilę.
- Nie martw się tym - Szepnąłem z przekonaniem, starając się, by w moim głosie wybrzmiała cała pewność, jaką czułem. - Zrobię wszystko, żeby tak się nie stało. - Zapewniłem, całując wierzch jej pięknej dłoni.
Mój panicz uśmiechnął się do mnie niepewnie, gdy opuszczaliśmy budynek. Zerknął na mnie kątem oka, jakby czekał, aż poprowadzę go przed siebie i wskażę kierunek. Nie zastanawiałem się długo, od razu chwyciłem go mocniej za dłoń i pociągnąłem w stronę lasu. Tam mogliśmy odetchnąć swobodniej, bez spojrzeń ciekawskich oczu.
Spacer był spokojny i przyjemny. Rozmawialiśmy niewiele, ale cisza wcale nam nie ciążyła. Wystarczyło, że byliśmy obok siebie. Czułem, że to właśnie się dla niego liczy, nie leżeć bezczynnie, lecz ruszać się, i ja mu ten ruch dawałem.
Po mniej więcej półgodzinie, gdy ścieżka zaczęła prowadzić z powrotem ku akademikowi, spojrzałem na niego z lekkim uśmiechem.
- Chcesz jeszcze gdzieś pójść, czy raczej wracamy do pokoju? - Zapytałem, obserwując uważnie jego twarz.
Mój partner spojrzał na mnie, a potem rozejrzał się wokół, jakby zastanawiał się nad czymś ważnym. W końcu odezwał się spokojnym głosem:
- Możemy w sumie jeszcze gdzieś pójść. Nie chcę tracić tak ładnego dnia na siedzenie w pokoju - Stwierdził, a w jego oczach pojawił się błysk, jakby chciał jeszcze nacieszyć się tą chwilą.
Kiwałem głową, sam przez moment zastanawiając się, dokąd moglibyśmy się udać. Myśli krążyły między różnymi opcjami, ale żadna nie wydawała się idealna.
- Idziemy do miasta? - Rzuciłem, po czym zaraz sam zaprzeczyłem ruchem ręki. - Nie, może lepiej nie. Tam zawsze ktoś się napatoczy… - Westchnąłem i zaraz dodałem: - Przejdźmy się może jeszcze trochę po lesie, a później wrócimy do pokoju. Może być? - Zaproponowałem, spoglądając na niego pytająco.
<Paniczu? C:>