Od Haru CD Daisuke

niedziela, 21 września 2025

|
 Przyznać musiałem, że ton jej głosu od razu mnie odrzucił. Brzmiał twardo, wręcz rozkazująco – a to wcale nie było na miejscu. Nie byłem przecież jej służącym, by mogła mówić do mnie w taki sposób, a już na pewno nie miała prawa wyrzucać mnie z własnego pokoju. Zresztą, jaki to miało sens? I tak usłyszę każde słowo, choćbym nie chciał. No ale cóż… niech już jej będzie.
W milczeniu wyszedłem, tak jak sobie tego zażyczyła, i osunąłem się na parapet przy drzwiach. Oparłem się niedbale o chłodny mur i czekałem, wiedząc, że zaraz rozpocznie się litania, długa i pełna goryczy, tak jak sam mi o tym wspominał.,
Słyszałem każde jej zdanie, każdą obelgę, która spadała na niego niczym kamienie. Wychwytywałem drwinę, rozczarowanie, pretensje, których sensu nie rozumiałem. Daisuke nie zrobił przecież nic złego. Był młodym człowiekiem, miał prawo się potykać, próbować, uczyć się na błędach. Dlaczego ona nie chciała tego zrozumieć? Jej słowa były ostre, pozbawione cienia wyrozumiałości. Traktowała go jak kogoś niegodnego, jak śmiecia, choć przecież był jej własnym wnukiem. To było okrutne i zdecydowanie zbyt ciężkie dla kogoś tak młodego, tak jeszcze niedoświadczonego jak on.
Miałem ogromną ochotę tam wejść. Powiedzieć jej prosto w oczy, co myślę o jej zachowaniu, o tym, jak niesprawiedliwie go traktuje. Palce aż mnie świerzbiły, by nacisnąć klamkę. Ale wiedziałem, że to niczego nie zmieni, tylko pogorszyłoby jego sytuację. A poza tym… wyglądałoby, jakbym podsłuchiwał. To jednak nie była prawda. Trudno jest nie słyszeć, kiedy ma się słuch tak wyostrzony jak mój.
W końcu jego babcia wyszła. Widziałem, jak mija mojego towarzysza, a jej twarz, choć milcząca, zdradzała aż nadto. Była wściekła, rozczarowana, pełna gniewu. Nie rozumiałem tego. Nie potrafiłem pojąć, skąd w niej tyle chłodu i dlaczego tak łatwo przychodziło jej ranić. Daisuke nie zasłużył na takie traktowanie. Naprawdę nic złego nie zrobił.
Kobieta odeszła, a razem z nią zniknęła wszelka pewność, jaką jeszcze przed chwilą trzymałem w dłoniach. Nie wypowiedziała ani słowa. Jej milczenie było jak cios, nie dlatego, że zabrakło słów, ale dlatego, że najwyraźniej nie uważała ich za potrzebne w rozmowie z kimś takim jak ja. Kim ja byłem, by domagać się uwagi? Może rzeczywiście nie zasługiwałem.
Gdy zniknęła z mojego pola widzenia, wróciłem do pokoju i przytuliłem ukochanego. Czułem jego ciało drżące pod moimi rękami, jakby cały świat właśnie się osunął.
- Nie przejmuj się nią - Wyszeptałem, badając każdy oddech. - Nie warto. Jesteś wspaniały taki, jaki jesteś.
Starałem się, by moje słowa zabrzmiały pewnie. On jednak odsunął się tylko odrobinę, a w jego głosie otworzyła się szczelina.
- Nie - Powiedział cicho, a jego słowa odbiły się echem w pustym pokoju. - Ona ma rację. Jestem do niczego. Gdyby było inaczej, nie dałbym się schwytać. - Wydusił, a ja poczułem nieprzyjemne ukłucie w sercu.
Chwyciłem go mocniej, nie chcąc dopuścić, by odszedł równie bezgłośnie.
- Nie mów tak - Szepnąłem, a moje serce odmawiało zgody na jego wątpliwości. - Ja tak o tobie nie myślę. Kocham cię. I kochać będę, bez względu na wszystko, co się stanie.
Cisza wróciła, ale tym razem była inna nie pusta, lecz nasycona przysięgą. Przytrzymałem go blisko, aż jego oddech wyrównał się z moim, i pomyślałem, że czasem jedno ciepłe „kocham” może złączyć na powrót to, co ktoś próbował rozerwać.

<Paniczu? C:>

Etykiety