Rozumiałem, jak bardzo się stresował. Widziałem to w jego oczach, w każdym napiętym ruchu. Chciał mieć to już za sobą, zamknąć raz na zawsze, jakby chciał odciąć się od tego, co się wydarzyło. Dlatego postanowiłem, że pójdę z nim do opiekuna, by dopilnować, żeby sprawa została zakończona i by nie musiał przechodzić przez ten koszmar ponownie.
Byłem jednak prawie pewien jednego: jego babcia, gdy tylko się pojawi, da mu w kość. Nie dlatego, że chciała mu pomóc. Znałem jej charakter jedynie z opowieści i zachowania mojego partnera, wiedziałem, że nie daruje mu tego, iż się „potknął”, że pozwolił się skrzywdzić, jakby to była jego wina. To wszystko nie miało dla mnie sensu. Nikt nie powinien być obwiniany za to, że padł ofiarą czyjejś przemocy. A jednak… słysząc jego głos i widząc, jak kurczy się w sobie na samo wspomnienie o niej, obawiałem się, że tak właśnie się skończy, znów stanie się winny w oczach kogoś, kto powinien go chronić.
Ale cokolwiek się wydarzy, wiedziałem jedno: będę przy nim. Nawet jeśli upadnie, podniosę go. Nawet jeśli świat się od niego odwróci, ja zostanę.
Daisuke poszedł obmyć twarz i dłonie z krwi, która go zabrudziła, a ja w tym czasie przebrałem bluzkę. Nie mogłem pozwolić, żeby ktoś zauważył ślady, które po sobie zostawił, wtulając się we mnie.
W ciszy ruszyliśmy razem do opiekunów, by poinformować ich o jego powrocie. Oficjalnie byliśmy tylko współlokatorami, nikt nie mógł się domyślać, że łączy nas coś więcej, i tak właśnie musiało pozostać.
Opiekunowie natychmiast odesłali go do pielęgniarki, by sprawdziła jego stan zdrowia. Równocześnie poinformowali jego babcię o tym, że wrócił. Mnie natomiast wysłali do pokoju. Kazali czekać, nie przeszkadzać, jakbym nie miał prawa być obok.
Czekanie doprowadzało mnie do szału. Chciałem być przy nim. Przytulić go, ochronić przed wszystkim, co jeszcze mogło nadejść. Zamiast tego siedziałem w pustym pokoju, słysząc jedynie własne myśli, które z każdą minutą stawały się coraz cięższe. Czas dłużył się niemiłosiernie. W końcu niemal zerwałem się z łóżka, by iść do niego, choćby na chwilę, kiedy drzwi się otworzyły.
To on. Mój partner. Bez słowa podszedł i mocno mnie objął. Drżał, czy to ze strachu, czy z wyczerpania, sam nie wiedziałem.
- Wszystko w porządku? - Zapytałem, gładząc go po plecach.
- Już tak… wszystko dobrze - Odparł cicho, choć jego głos zdradzał niepewność. - Tylko… zaraz przyjedzie moja babka. - Poczułem, jak wzdrygnął się na samo wspomnienie o niej.
- To nic - Odpowiedziałem spokojnie, próbując dodać mu otuchy. - Wszystko będzie dobrze. Nie martw się tym teraz. Połóż się, odpocznij. Jeśli będzie trzeba, obudzę cię, żebyś nie czekał i nie denerwował się jeszcze bardziej. - Pocałowałem go w czoło, delikatnie, jakby ten gest mógł odpędzić wszystkie jego lęki.
- Nie, nie mogę - Pokręcił głową i odsunął się ode mnie. - Najpierw muszę się cały umyć. Czuję, że bardzo tego potrzebuję. A potem… potem poczekam już na jej przyjazd.
Bez słowa pozwoliłem mu odejść. Zniknął za drzwiami łazienki, a ja zostałem sam, z rosnącym niepokojem. Wiedziałem, że potrzebuje chwili dla siebie i nie mogłem mu tego odebrać.
Postanowiłem zająć się czymś prostym, by zająć własne myśli. Wziąłem się za przygotowanie posiłku, z tego, co mieliśmy w pokoju, dało się zrobić coś szybkiego, a jednak smacznego. Miałem nadzieję, że kiedy wyjdzie, będzie miał siłę i chęć, by cokolwiek zjeść...
<Paniczu? C:>