Właściwie tylko żartowałem, ale jego słowa były dla mnie czymś niespodziewanym. Brzmiały tak zwyczajnie, a jednak miały w sobie coś, co we mnie poruszyło. Poczułem radość, lekką, dziwną, zupełnie obcą. Nie rozumiałem jej do końca, ale nie chciałem, by zniknęła. Było to uczucie, którego tak dawno nie doświadczałem, że aż wydało mi się czymś nierealnym. A jednak… spodobało mi się.
- To naprawdę miłe, dziękuję - Odpowiedziałem, choć w moim głosie dało się wyczuć niepewność. Nie byłem przyzwyczajony do wdzięczności, a już tym bardziej do tego, by ktoś dostrzegał we mnie coś dobrego. Takie słowa padały w moim kierunku rzadko, zbyt rzadko. Może gdyby pojawiały się częściej, dziś patrzyłbym na siebie inaczej. Może nie widziałbym w lustrze kogoś tak obcego, kogoś, kto zasłużył tylko na pogardę.
A tak… byłem po prostu chłopakiem, którego zawsze traktowano źle. Chłopakiem, który dźwigał na barkach ciężar zbyt wielki, by ktokolwiek mógł go udźwignąć. Nosiłem w sobie piętno, jedno wydarzenie, które przekreśliło całe moje życie.
Zabiłem swoich rodziców.
„Przypadkiem”.
Samo to słowo brzmiało jak kłamstwo, jak żałosna wymówka. Kto normalny uwierzyłby, że można kogoś zabić niechcący? A jednak mnie to się przydarzyło. Nie planowałem tego. Nie chciałem tego. To nie była świadoma decyzja, to był wypadek, ciąg niefortunnych zdarzeń, który zamienił moje dzieciństwo w koszmar.
I choć od tamtego dnia minęło już tyle czasu, poczucie winy nigdy mnie nie opuściło. Wracało nocami, dusiło we śnie, szeptało mi w ciszy, kiedy próbowałem zapomnieć. Żałowałem tego bardziej niż czegokolwiek innego. Nie było dnia, żebym nie chciał cofnąć czasu, zmienić choć jednej sekundy tamtego momentu.
Ale nie mogłem.
I choć wszyscy patrzyli na mnie jak na potwora, prawda była gorsza, bo ja sam tak właśnie siebie widziałem.
I tylko przy nim czułem się naprawdę normalny. Nie oceniał mnie, nie patrzył na mnie jak na potwora, którym kiedyś byłem tego, który odebrał życie. On jako jedyny dał mi coś, czego nikt inny nie chciał mi ofiarować: kartę zaufania. Dzięki niemu mogłem poczuć miłość i bliskość, taką prawdziwą, odwzajemnioną, a nie jednostronną czy ograniczoną do jednej nocy.
Po śmierci rodziców bardzo mi tego brakowało. Moja babcia robiła wszystko, co w jej mocy, by wypełnić tę pustkę, i choć nigdy nie mogła zastąpić tego, co utraciłem, dawała mi tyle miłości, ile tylko potrafiła. Byłem jej za to nieskończenie wdzięczny, bo jako jedyna nie odwróciła się ode mnie w tamtych czasach. Mogła to zrobić, przecież zabiłem jej własne dzieci. A mimo to walczyła o mnie, jakby wierzyła, że pod całą tą winą i mrokiem nadal jestem wart ocalenia.
- To nie musi być miłe. To ma być szczere. A ja mówię ci prosto, co myślę - Wyjaśnił. To trochę mnie zawstydziło, bo chyba nie byłem przyzwyczajony do takiego traktowania mojej osoby.
- Wystarczy już o mnie. Na pewno nie chcesz nic zjeść? Bo wiesz… tobie też mogę coś przygotować - Stwierdziłem, patrząc na niego wyczekująco. Czując, że również powinien coś zjeść, moje zmysły podpowiadały mi, że mimo jego nastawienia na nie chętnie by coś zjadł.
<Paniczu? C:>