Od Soreya CD Mikleo

piątek, 29 sierpnia 2025

|
 Z rana nie pracowało się najgorzej. Stwierdziłbym nawet, że było całkiem przyjemnie, było rześko, i miło, i nawet stabilnie. Gorzej było około południa, no i aż do przerwy. Im słońce wyżej, tym bardziej gorąco było, i tym ciężej mi się pracowało. Płot spływał mi i z czoła, i po plecach i... no, cały spocony byłem. Nie wiem, co chciałbym zrobić jako pierwsze, czy zjeść, czy się umyć, bo na pewno nie przytulić do Mikleo. Znaczy się, może i chcę, ale nie taki... brudny. I coś czuję, że i on by nie chciał. On zawsze taki czysty, i piękny, nieskazitelny, zawsze, w każdej sytuacji. A ja? Skoro jestem w połowie aniołem, mógłbym się pocić trochę mniej. Ale nie, wszystko, co najgorsze w ludziach ja oczywiście przejąłem. Czy w ludziach w ogóle jest coś dobrego? Coś lepszego, niż w takim aniele? Co w ogóle anioł zobaczył w człowieku, że zdecydowali się na mnie? O ile w ogóle się zdecydowali, bo jednak... jednak ich nie ma. Nigdy nie było. 
- Gospodarz poprosił, by przynieść ci wodę – usłyszałem za sobą ten słodki, tak dobrze znany mi głos. Odłożyłem siekierę i odwróciłem się w stronę mojego... chłopaka? Partnera? Dalej nie wiem, jak go nazwać. Może po prostu będę go nazywać swoją Owieczką. Tego jestem najbardziej pewien. I jemu się podoba, a to, to jest dla mnie najważniejsze. 
- Dziękuję. Potrzebuję tego – powiedziałem z ulgą, biorąc od niego bukłak z wodą. Jak to jest, że on pracował cały dzień na kuchni, gdzie też jest gorąco od tego całego ognia i parowania, a wyglądał tak cudownie? I jeszcze tak sobie uroczo związał swoje włoski w takiego małego kucyka, jeny, nie mogłem z niego. On jest fantastyczny. Przepiękny Przesłodki. Przecież ja przy nim to wyglądałem paskudnie. Jak trochę taki niedorozwinięty. - Ślicznie wyglądasz – powiedziałem, kiedy trochę już ugasiłem pragnienie. 
- Wyglądam dokładnie tak samo, jak rano – powiedział, ale też jednocześnie lekko się speszył. Delikatnie się zarumienił, popatrzył gdzieś w bok. Podobał mi się ten rumieniec. Dodawał mu uroku, którego przecież i tak miał już dużo. 
- Właśnie, że nie. Nie miałeś związanych włosów. A w takim upięciu wyglądasz naprawdę słodko – odpowiedziałem rozczulony, nie mogąc się na niego napatrzeć. Powinien częściej tak chodzić. - Nie to co ja... ta koszula nadaje się tylko do prania – mruknąłem, w końcu ją ściągając. - O ile w ogóle się ją wypierze. Mam nadzieję, że się da, uwielbiam ją – powiedziałem, siadając ciężko na drewnianej, prowizorycznej ławce w cieniu. Pięć minut przerwy... chyba więc nic się nie stanie, prawda? 
- To tylko pot, oczywiście, że się wypierze – powiedział, zerkając na mnie z uwagą, i... sam nie wiem, zainteresowaniem? Czy ja tak właściwie się mu podobam? Czy w ogóle on patrzy na takie rzeczy? Czy potrzebuje takich rzeczy? - Potrzebujesz jeszcze wody?
- Potrzebuję kąpieli. W takiej chłodnej wodzie... a jeszcze muszę zrobić drugie tyle – dodałem, ciężko wzdychając. Nie ma mowy, że dzisiaj się z tym wyrobię. Ale to może lepiej, z rana jakoś tak się lepiej pracuje, i szybciej, bo teraz im późniejsza godzina, tym mniej mi się chciało robić. Teraz jedyne, co chcę, to przetrwać jeszcze tę godzinę do obiadu i wolnego, chociaż jak ja wstanę z tej ławki, to ja nie wiem. - A jak tam w kuchni? Dajesz radę? - zapytałem, skupiając się na moim Mikim. To on tu jest najważniejszy. 

<Owieczko? c:>

Etykiety