Od Soreya CD Mikleo

wtorek, 26 sierpnia 2025

|
 Patrzyłem na niego zachwycony, będąc też trochę onieśmielony jego mądrością i oddaniem. Może też dlatego trochę bałem się do niego zarywać tak bardziej bezpośrednio? I tak się bawiłem, obawiając się jego reakcji. W końcu, on jest taki mądry, błyskotliwy, spostrzegawczy... wie, co powiedzieć, i chociaż mówi mi, że on to się nie zna, a tak naprawdę to się zna. Przy nim to się czuję taki głupi. Aż wstyd się odezwać. A gadam cały czas. Że on nie czuje przy mnie zażenowania... no ale właśnie, jest oddany. To też jest niesamowita cecha. Ja nie wiem, czy ja ją posiadam, a już na pewno nie w takiej mierze, jak on. On jest... idealny. I to pod każdym względem. Wygląd to ma perfekcyjny; nic przesadzonego, wszystko w odpowiednich proporcjach, a jednocześnie też ma ten swój pierwiastek, który go wyróżnia wśród tych wszystkich ludzi. No i charakter... no dobrze, mógłbym się przyczepić do jego ekspresji, która to czasem nie istnieje. Ale widzę, że się stara. Analizuje zachowanie moje, i innych, i stara się je zrozumieć. I ja to doceniam. I też się staram akceptować to, że trochę nie potrafi w emocje. Czasem się zapominam, że nie potrafi pokazać, że się cieszy. Albo smuci. Czy też złości. Mógłby mi mówić wprost, co czuje, jeżeli nie potrafi pokazać tego gestami, wyrazem twarzy. Byłoby mi po prostu łatwiej. 
- Jesteś wspaniały – powiedziałem zgodnie z prawdą, gładząc kciukiem jego policzek. Takiego wsparcia, jak w nim, nie uzyskałem chyba w nikim innym. I ja mam wierzyć w to, że nie śnię? Przecież to spełnienie moich najskrytszych marzeń, które myślałem, że nigdy nie spełnię. I dalej w to nie wierzę. I tak strasznie bałem się, że zrobię coś nie tak. Jakoś go do siebie zrażę. Zniechęcę. To... skomplikowane. Nigdy nie byłem w takim związku. Byłem w strasznie krótkich związkach. Zawsze się starałem, uważałem, i zawsze się to nie udawało. Oby teraz się to nie powtórzyło. 
- Troszkę przesadzasz chyba – powiedział zawstydzony, a jego poliki się zarumieniły delikatnie. Jak słodko teraz wyglądał... schrupać. Po prostu schrupać. - Idę po to śniadanie, a ty się ogarnij przez ten czas – powiedział, odsuwając się ode mnie, chociaż czułem, że zrobił to z niechęcią. Ktoś jednak musiał zrobić ten pierwszy krok, byśmy mogli w końcu rozpocząć normalny dzień. Ja się na to nie nadawałem, ja mógłbym to przedłużać i przedłużać, byśmy spędzili jak najwięcej czasu przed pracą. 
- Nigdzie się stąd nie ruszam, Owieczko – powiedziałem zgodnie z prawdą zauważając, jak przez jego twarz przemyka uśmiech, ciepły, rozmarzony. Podobało mu się to. To dobrze, bo zamierzam go tak nazywać coraz to częściej. Pasowało to do niego, bo nie dość, że był taki uroczy, jak owieczka, to jeszcze te jego włoski im dłuższe były, tym bardziej puchate. Owieczka moja, i tylko moja. I niech lepiej ten pajac od róży to wiedział... strasznie mnie wtedy zdenerwował, i to na tyle, że do tej pory mi z głowy nie wyparował. 
Miki poszedł na dół, a ja, tak jak chciał, ogarnąłem się. Wziąłem bardzo szybką kąpiel, umyłem buzię, przebrałem się, a nawet przeczesałem włosy. Nie wydaje mi się, aby to wiele im pomogło, no ale... Miki chciał, żebym tak robił. Więc będę tak robić. To nie było takie trudne, a przynajmniej już znacznie łatwiejsze od uwierzenia w siebie. A powinienem w siebie wierzyć, chociażby dla niego. Bo jeżeli on zobaczy, że ja w siebie wierzę, to i może inaczej zacznie siebie postrzegać? Jakżebym chciał, by patrzył na siebie tak, jak ja na niego. By zobaczył tę wspaniałość i niesamowitość, którą ja w nim dostrzegam każdego dnia. Tę siłę, która daje mi motywację, by istnieć i iść naprzód. Bez niego... nie wiem, co bym zrobił bez niego, naprawdę. Na pewno bym się stoczył, bo nie miałbym się dla kogo starać. 

<Owieczko? c:>

Etykiety