Czemu tak późno musieliśmy okazać sobie uczucia? Nie nacieszyłem się nim. Powoli do mnie dochodzi to, że tak jakby jesteśmy teraz razem, nie tylko jak przyjaciele, ale też jako partnerzy. Albo kochankowie. Chociaż, nie kochankowie nie, bo jednak się nie kochaliśmy. I nieprędko będziemy. Ale to nic, ja mogę poczekać. Na niego zawsze. Gorzej, jak nie będzie chciał próbować. Albo jak uzna, że to nie dla niego, i że jednak nie ma takich potrzeb. Bo jednak... ja je mam. Mogę je powstrzymywać, wstrzymywać, poczekać, ale jednak one przecież mi nie znikną. Będę musiał je spełnić. Na razie jednak nie myślę o tym. Cieszę się, że go mam przy sobie, cieszę się z każdego drobnego pocałunku, przytulenia, niewinnego dotyku. Było w tym wszystkim coś takiego... intymnego. I tylko naszego.
- No tak. Musimy za co mieć spełniać moje głupie ludzkie potrzeby – westchnąłem cicho, niepocieszony z tego faktu. Teraz to już w ogóle Mikleo mi nie odpuści żadnego, chociażby najmniejszego posiłku. W ogóle teraz będzie na mnie uważał, bo przecież ludzie są delikatni i słabi. Teraz przynajmniej wiem, skąd mi się to wzięło.
- Nie patrz na to w ten sposób. Spróbuj znaleźć w tym coś pozytywnego – zaproponował, uśmiechając się do mnie ładnie. Tak uroczo.
- Pozytywnego? Muszę jeść regularnie, by nie umrzeć, muszę pilnować, by zapewnić sobie odpowiednie składniki odżywcze, i idą na to i pieniądze, i czas. Chyba jedynym pozytywem jest to, że mam twoją uwagę – powiedziałem zgodnie z prawdą, tuląc go do siebie. I że czemu musimy teraz iść...? Przecież byłoby nam tu tak przyjemnie.
- Widzisz? Coś jednak znalazłeś – uśmiechnął się szerzej, nie przestając tak miło gładzić mojego policzka. To było strasznie przyjemne. Urocze. W ogóle to, że sam tak do mnie przyszedł, na kolanach usiadł, wykonuje takie delikatne gesty. To było tak strasznie urocze. Tylko schrupać. - Trzeba się zbierać. Ogarnij się, a ja poproszę o śniadanie dla ciebie – powiedział, co już mi humor trochę pogorszyło.
- Musisz prosić o śniadanie? Przecież aż tyle jeść nie muszę, a lepiej chyba oszczędzać pieniądze, prawda? - zaproponowałem, czując się źle z faktu, że przecież wszystkie pieniądze idą na mnie. Skoro pieniądze idą na mnie, tylko na mnie, to tylko to co ja zarobię powinno zostać wydawane. A on... on tak naprawdę nie powinien pracować. On nie musi nic. Ale już widzę, jak ja mu mówię, że ma nic nie robić, on by mnie nie posłuchał. Nie potrafi usiąść, i nic nie robić, zwłaszcza, kiedy ja coś robię. Kiedy razem nic nie robimy, już jest bardziej skory do leniuchowania.
- Od dłuższego czasu nie płacę za twoje śniadania i kolacje. Gospodarz bardzo cię polubił. Mam nawet wrażenie, że liczy nam obiady po okazyjnej cenie, więc tym się nie przejmuj – wyjaśnił, podnosząc się z moich kolanach. - A może po pracy... byśmy się poćwiczyli przywoływanie twoich skrzydeł? - zaproponował, a ja poczułem niepewność.
- Dalej wierzysz w to, że mam w ogóle jakiekolwiek skrzydła? - spytałem cicho, nerwowo przeczesując dłonią swoje włosy. Dobrze by było, gdybym je miał, nie byłbym w końcu dla niego takim ciężarem... ale gdybym je miał, już chyba by się ujawniły, prawda? A nie tylko to chwilowe echo.
<Owieczko? c:>