Uśmiechnąłem się delikatnie do mojego partnera, gdy tylko zjawił się przy stole. To było coś niezwykłego, zwykły gest, a jednak potrafił w jednej chwili rozproszyć cały ciężar dnia. Gdy tylko zobaczyłem jego twarz, poczułem w sercu ciepło, jakby wszystkie troski na moment przestały istnieć. Nie musiał nic mówić. Samą obecnością wnosił w moje życie oddech spokoju i radości, której jeszcze do niedawna nawet nie rozumiałem.
- Nic się nie stało. Najważniejsze, że czujesz się już dobrze - Odparłem, starając się, by w moim głosie brzmiała szczerość. Przesunąłem się na starej, drewnianej ławce, która cicho zaskrzypiała pod moim ciężarem, robiąc mu miejsce obok siebie. Podałem mu menu, równie wiekowe co ławka, z pożółkłymi stronami i rozmazanym atramentem, który czasem trudno było odczytać. Każdy opis potraw wyglądał tak, jakby został zapisany ręką kogoś, kto bardziej chciał opowiedzieć historię niż nakarmić głodnego.
Sorey usiadł obok, tak blisko, że poczułem na ramieniu ciepło jego ciała. Uśmiechał się w ten swój charakterystyczny sposób lekko, jakby świat sam z siebie układał się wtedy w harmonijną melodię. Nachylił się, by musnąć mój policzek szybkim, ledwie wyczuwalnym pocałunkiem. Krótki gest, a jednak sprawił, że coś we mnie drgnęło.
- Cieszę się, że nareszcie jestem czysty i mogę cię dotknąć - Powiedział, z zadowoleniem przesuwając palcami po krawędzi menu. W jego głosie była ulga, a w oczach błysk dziecięcej radości. - Mam nadzieję, że chociaż dziś zjesz ze mną obiad - Dodał, spoglądając na mnie pytająco. To nie było zwykłe pytanie. To była prośba o bliskość, o to, żebyśmy mogli podzielić ten moment tak, jak dzieli się czymś naprawdę ważnym.
Zawahałem się. Zawsze w takich chwilach w mojej głowie zderzały się dwie rzeczy: rozsądek i serce. Rozsądek mówił mi, że szkoda pieniędzy, że powinienem je oszczędzać, że nie mogę sobie pozwalać na zbyt wiele. Ale serce podpowiadało, że jeśli powiem „nie”, on również odmówi. Zrezygnuje z posiłku, tylko dlatego, że ja nie chcę jeść. A przecież nie o jedzenie tu chodziło.
- Dobrze, zgadzam się - Odpowiedziałem w końcu, unosząc wzrok ku niemu. - Jeśli tak bardzo ci na tym zależy, nie mogę odmówić. Wybierz, proszę, coś dla mnie - Dodałem łagodnie, pozwalając, by mój uśmiech rozjaśnił twarz, choć nie byłem do końca pewien, czy jest szczery.
Wciąż się tego uczyłem. Uczyłem się rozumieć, co właściwie znaczy chcieć się uśmiechać. Ale teraz czułem, że to naturalne. Nawet jeśli nie znałem jeszcze w pełni tej emocji, to wiedziałem jedno: przy nim chciałem próbować. Przy nim chciałem odkrywać, co naprawdę znaczy żyć.
Tymczasem wokół nas tawerna tętniła swoim zwyczajnym rytmem. Gdzieś w kącie ktoś brzdąkał na starej lutni, a w powietrzu unosił się zapach pieczonego mięsa i świeżo wypiekanego chleba. Ławy skrzypiały pod kolejnymi gośćmi, a stół, przy którym siedzieliśmy, miał na powierzchni wyryte dziesiątki imion i dat, jakby każdy, kto tu był, zostawiał po sobie ślad.
A ja wiedziałem, że właśnie w tej chwili zostawiam swój w jego oczach, w jego uśmiechu i w cichym poczuciu, że uczę się czegoś, co nigdy wcześniej nie było dla mnie tak ważne.
<Pasterzyku? C:>