Cieszyłem się, że posiłek mu smakował. To było dla mnie naprawdę ważne, bo włożyłem w niego całe serce. Chciałem, aby nie tylko zaspokoił głód, ale też dał mu siłę i poczucie, że ktoś o niego dba. Widok, jak spokojnie je i jak z każdą chwilą odzyskuje energię, napełniał mnie cichą dumą. Wiedziałem, że jeśli ma przed sobą trudne zadania, musi być najedzony i pełen mocy. A przecież obaj zdajemy sobie sprawę, że przed nami jeszcze sporo pracy, zanim wreszcie będziemy mogli ruszyć w podróż, o której marzymy od tak dawna.
Ta podróż nie jest zwykłą wędrówką. To symbol czegoś więcej. Wolności, niezależności, odpowiedzi na pytania, które od dawna nosimy w sercu. Dlatego musimy przygotować się najlepiej, jak potrafimy. Praca jest tylko pierwszym krokiem. Kolejnym jest odkrycie i ujarzmienie jego mocy. Bez tego ani rusz.
Coraz częściej myślę o jego skrzydłach. Wiem, że w nim drzemią, ukryte, niepewne, czekające na moment, by się ujawnić. Wierzę, że są piękne, silne i pełne blasku, nawet jeśli jeszcze ich nie widziałem. Może dziś po pracy spróbujemy choć kilka razy przywołać ich cień. Nawet jeśli uda się tylko na krótką chwilę, będzie to ogromny krok naprzód. Każda próba przybliży nas do celu. Każdy dzień systematycznych ćwiczeń może sprawić, że pewnego poranka skrzydła rozłożą się w pełnej krasie i wtedy nie będziemy już musieli iść. Wzniesiemy się ponad ziemię, zostawiając za sobą zmęczenie i trudy drogi. Lot oszczędzi nam czasu, ale przede wszystkim da nam coś, czego nie da się porównać z niczym innym, poczucie, że naprawdę przekraczamy własne granice.
Nie ukrywam, zdaję sobie sprawę, że będzie to wymagało wysiłku. Być może czeka nas kilkanaście ciężkich dni pracy, pełnych potu, zmęczenia i chwil zwątpienia. Ale to dla mnie nie problem. Jestem gotów ponieść ten ciężar. Nie dlatego, że muszę, lecz dlatego, że chcę. Bo wiem, że robię to dla kogoś, kto jest dla mnie ważny. Dla mojego przyjaciela.
Nie ma dla mnie większej nagrody niż widok jego uśmiechu, świadomość, że idziemy razem, ramię w ramię, ku celowi, który jeszcze niedawno wydawał się odległym snem. A dziś? Dziś czuję, że jesteśmy o krok bliżej.
- Muszę już iść. Miłej pracy i do zobaczenia później - Odezwałem się cicho, podchodząc bliżej mojego partnera. W tej krótkiej chwili odważyłem się złożyć pocałunek na jego ustach, wiedząc, że teraz oboje możemy sobie na to pozwolić.
- Do zobaczenia, owieczko - Odpowiedział, przyciągając mnie niespodziewanie mocniej do siebie. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, nasze usta połączyły się w namiętnym pocałunku. Zaskoczyło mnie to, całkowicie, ale w dobry sposób. Serce zabiło mi szybciej. To był mój pierwszy raz… pierwszy tak zachłanny pocałunek. Nic dziwnego, że początkowo nie do końca wiedziałem, jak się zachować, gdzie szukać rytmu, w jaki sposób odpowiedzieć. Uczyłem się przy nim, krok po kroku, oddech po oddechu. Chciałem dać mu to, czego potrzebował, a przy okazji sam odkrywałem coś zupełnie nowego.
- Do zobaczenia - Wyszeptał, kiedy nasze usta się rozdzieliły. Złożył jeszcze krótki, czuły pocałunek na moim czole, a potem uchwycił moją dłoń. Przez moment staliśmy tak, jakby czas się zatrzymał, tylko ja i on, nasze dłonie splecione, nasze spojrzenia pełne obietnic. Dopiero po chwili ruszyliśmy razem w stronę wyjścia. Opuszczaliśmy pokój, każdy w swoją stronę, ku własnym obowiązkom, wiedząc jednak, że wieczorem znów się spotkamy. A ta myśl była dla mnie jak ciepłe światło, które rozpraszało wszelkie cienie dnia.
<Pasterzyku? C:>