Tak jak obiecałem, zszedłem na dół do gospodarza, aby poprosić o posiłek dla Soreya. Musiał przecież coś zjeść przed pracą, nie chciałem, by jego żołądek cierpiał, a ciało osłabło. Czekał nas długi dzień, pełen wysiłku, a siły były potrzebne od samego rana.
- Dzień dobry, Mikleo. - Gospodarz przywitał mnie z uśmiechem, rozpoznając mnie od razu. - Czyżbyś znów chciał zamówić śniadanie bez dodatku mięsa? - Znał mnie już na tyle dobrze, że nie musiał pytać dwa razy. Poznał również Soreya, choć dla niego byliśmy po prostu przyjaciółmi. I tak niech zostanie, nie musiał wiedzieć, co nas łączy. To była nasza sprawa i nie chciałem, by ktokolwiek zagłębiał się w szczegóły.
- Tak, bardzo proszę - Odpowiedziałem grzecznie, jak zawsze. Nie zwykłem sprawiać nikomu problemów. Cieszyło mnie to, że do tej pory nie zrobiłem nic, czym mógłbym zajść komuś za skórę. Wrogów nie potrzebowałem. Byłem w stanie się obronić, lecz wojny i konflikty były dla mnie jedynie stratą czasu oraz energii.
- Rozumiem. - Kiwnął głową. - Więc jajecznica ze świeżym chlebem… myślę, że mu wystarczy. A ty? Co byś zjadł?
- Ja nic, dziękuję. - Usiadłem na krześle przy barze. - Nie jestem głodny. Chętnie natomiast sam przygotuję dla niego posiłek i zaniosę mu do pokoju, jeśli pan pozwoli. Potem od razu wrócę do pracy.
- Gospodarz uniósł brwi, po chwili jednak uśmiechnął się z wyrozumiałością.
- Jeśli chcesz, proszę. Zajmij się tym. - Skinąłem głową i wszedłem do kuchni, wdzięczny, że mi zaufał. Wiedział, że niczego nie zepsuję, a ja zyskałem możliwość włożyć w posiłek dla Soreya trochę własnego serca. Mając wolną rękę, zabrałem się do pracy. Na patelni usmażyłem jajecznicę, doprawiając ją szczypiorkiem, tak by pachniała świeżością. Do tego pokroiłem chrupiący, jeszcze ciepły chleb i przygotowałem prostą sałatkę z dojrzałych pomidorów, skrapiając je odrobiną oliwy. Na koniec zaparzyłem herbatę gorącą, aromatyczną, idealną na początek dnia.
Gdy wszystko było gotowe, ostrożnie ułożyłem na tacy.
- Ile płacę? - Zapytałem, wychodząc z kuchni z gotowym już posiłkiem.
- Nic. - Gospodarz machnął ręką, jakby sprawa była oczywista. - Powiedzmy, że lubię was na tyle, że nie musicie u mnie nic płacić. Poza tym sam sobie zrobiłeś posiłek, to już odpracowane. - Byłem szczerze wdzięczny za jego dobroć. Podziękowałem mu cicho, po czym ruszyłem korytarzem do naszego pokoju. Otworzyłem drzwi i zobaczyłem Soreya czysty, pachnący, w pełni gotowy do rozpoczęcia nowego dnia.
- Proszę, oto twój posiłek. Smacznego. - Postawiłem talerz na stole, a obok ustawiłem kubek gorącej herbaty. Z niecierpliwością czekałem, aż podejdzie i spróbuje tego, co przygotowałem specjalnie dla niego.
- Ładnie to wygląda, kucharz dziś naprawdę się postarał - Stwierdził Sorey z uznaniem, siadając przy stole. Przez chwilę przyglądał się posiłkowi, jakby nie mógł uwierzyć, że to wszystko dla niego, a potem sięgnął po kawałek chleba i spróbował jajecznicy. - Pyszne. - Uśmiechnął się szeroko, zadowolony.
- Przekażę kucharzowi. - Odpowiedziałem, starając się zabrzmieć zwyczajnie, choć w środku aż rozpierała mnie radość. Ciepło rozlało się w mojej piersi na widok jego uśmiechu, a świadomość, że to ja przygotowałem ten posiłek, była dla mnie cenniejsza niż wszystkie pochwały.
<Przyjacielu? C:>