Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego właśnie to słowo tak na mnie działało. Wiedziałem jednak, że kiedy nazywał mnie swoją *owieczką*, w moim sercu rodziło się coś niezwykle przyjemnego. To było takie małe, niby błahe zdrobnienie, a jednak niosło ze sobą ogrom ciepła. Sprawiało, że czułem się wyjątkowy, otoczony troską, jakby w tym jednym słowie kryła się cała jego czułość. Ta niepojęta radość, której nie potrafiłem do końca wyjaśnić, ogrzewała mnie od środka.
Wtulony w jego ciało, wsłuchując się w spokojny rytm jego oddechu, pozwoliłem, by sen powoli mnie ogarniał. To było jak otulenie miękkim kocem, bezpieczne, kojące. Czułem, jak ramiona Morfeusza prowadzą mnie w świat marzeń, gdzie wszystko nagle staje się łatwiejsze, prostsze, a życie pozbawione jest ciężaru codzienności. Żałowałem, że rzeczywistość nie potrafi być tak łaskawa jak sny. Gdyby życie było tak proste, pewnie byłoby o wiele piękniejsze.
Rankiem, jak zwykle, to ja obudziłem się pierwszy. Otworzyłem oczy i przez chwilę leżałem nieruchomo, ciesząc się ciszą i obecnością mojego przyjaciela u boku. Podniosłem się powoli, siadając na brzegu łóżka, i spojrzałem na niego z czułością. Jego twarz, rozluźniona przez sen, wydawała się spokojna, wręcz bezbronna. Uśmiechnąłem się mimowolnie, sam jego widok wystarczał, by dzień nabrał barw.
Nachyliłem się ku niemu, nie mogąc się powstrzymać. Musnąłem delikatnie jego usta krótkim pocałunkiem, tak lekkim, by go nie obudzić, lecz wystarczająco wyraźnym, by zostawić na jego wargach ślad mojej obecności. Dopiero wtedy wstałem, starając się zachować ciszę, by dać mu jeszcze chwilę snu. Skierowałem się do łazienki, chcąc doprowadzić się do porządku i rozpocząć dzień, który choć zwyczajny już na starcie wydawał się piękniejszy tylko dlatego, że zaczynałem go u jego boku.
Po umyciu twarzy i zębów założyłem na siebie świeże ubrania, a następnie zająłem się włosami. Z każdym dniem stawały się coraz dłuższe i, szczerze mówiąc, naprawdę podobało mi się to, jak teraz wyglądały. Ich ciężar przyjemnie opadał na ramiona, a w lustrze widziałem, że nabierały charakteru, którego wcześniej im brakowało.
Miałem delikatne rysy twarzy, tak łagodne, że nieraz można mnie było pomylić z dziewczyną. W gruncie rzeczy nie miało to dla mnie większego znaczenia. Wygląd nigdy nie odgrywał w moim życiu roli decydującej, nawet jeśli ktoś odbierał mnie inaczej, nie zmieniało to tego, kim naprawdę byłem.
Po ułożeniu włosów opuściłem łazienkę. Od razu dostrzegłem mojego przyjaciela, który właśnie uniósł się do siadu. Poruszał się powoli, jakby dopiero budził swoje ciało ze snu, przeciągając się leniwie, ale jeszcze nie rozciągając mięśni do końca.
- Dzień dobry. - Uśmiechnąłem się, podchodząc bliżej. - Wyspałeś się? Gotów na rozpoczęcie nowego dnia? - Nie czekałem na odpowiedź. Nachyliłem się i delikatnie musnąłem jego usta, pewny, że nie muszę pytać o pozwolenie. Wiedziałem, że mogę to zrobić i ta pewność była czymś naturalnym, niewymagającym wątpliwości.
- Wyspałem się - Odparł z lekkim uśmiechem, choć w jego głosie brzmiała jeszcze senna miękkość. - Ale przyznam, że wolałbym spędzić z tobą trochę więcej czasu w łóżku. Przytulić się do twojego ciała i pozwolić sobie odpłynąć jeszcze na chwilę. - Słysząc te słowa, poczułem ciepło w sercu. Bez namysłu usiadłem na jego kolanach, oplatając go spojrzeniem, a dłonie ułożyłem na jego ramionach. Był taki bliski, że przez moment sam zapragnąłem zapomnieć o całym świecie.
- Przykro mi… - Odezwałem się cicho, kładąc dłoń na jego policzku i delikatnie go głaszcząc. - Ale dziś nie możemy sobie na to pozwolić. Musimy się zebrać, popracować i zarobić, jeśli chcemy ruszyć dalej w drogę. - Patrzył na mnie z tym swoim spojrzeniem, które zawsze sprawiało, że miałem ochotę ustąpić. Wiedziałem jednak, że tym razem muszę być stanowczy, nawet jeśli serce podpowiadało mi coś innego.
<Pasterzyku? C:>