Od Soreya CD Mikleo

środa, 23 lipca 2025

|
 To było dziwne, że ktoś potrafi we mnie wierzyć tak bardzo, jak właśnie Miki. Przecież wcale nie jestem taki, jaki mnie opisuje. Jestem jednym wielkim chaosem i niewiadomą. Nie wiem, jak siebie ukierunkować i nikt nie wiedział, co ze mną zrobić. Nawet najlepsi. To wiele o mnie mówi. A on? Świat go nie docenia, zdecydowanie. Ale ja będę, za cały ten świat, bo Miki właśnie na to wszystko zasługuje, a nie potrafi się do tego przyznać. Chociaż, to też poniekąd dobrze. Gdyby nie był taki skromny, nie byłby tak wspaniały... jednakże, troszeczkę mógłby się czasem ze mną zgodzić. Szkoda, że nie ma sposobu, by mógł spojrzeć na siebie tak, jak ja patrzę na niego. Wtedy by zrozumiał wszystko. 
– Gorzej, jak mnie nie przyjmą. Oni chcą równowagi, a ja jestem chaosem. Mogą mnie nie chcieć – powiedziałem po chwili, wpatrując się w swoją lemoniadę. 
– Nie zostawię cię. Nie musisz się o to martwić – powiedział cicho, jak zawsze taki łagodny, czuły, ciepły, jak słodka obietnica. Uwierzę w każde jego słowa, niezależnie od tego, co mi powie, nawet jakby to było pewne kłamstwo typu, że niebo jest zielone, to miałby moje pełne poparcie. Ale akurat te konkretne słowa... Sam nie wiem. Bardzo chciałbym w nie uwierzyć. Coś jednak sprawia, że się boję to zrobić. Może to przez naszą roczną przerwę? Znikł, i go nie było, a gdyby nie ten przypadek, no to... przecież dalej bym go przy sobie nie miał, a dziadek dalej by się z nami znęcał. – Jeżeli coś pójdzie nie tak, wymyślimy coś. Jak zawsze. Jest nas dwójka, wykombinujemy coś, i nic nas nie rozdzieli. Tak mi obiecałeś, a ja tą obietnicę podtrzymam – uspokoił mnie, delikatnie ściskając moją dłoń. – No już, nie ma co myśleć o przyszłości. Skupmy się na tym, co jest tu i teraz. A teraz mamy pyszną lemoniadę i piękny dzień. 
– Tak... może masz rację. Na razie jeszcze nam daleko do celu. Nawet nie wiadomo, czy uda nam się tam dostrzeć – wyszczerzyłem się głupkowato, odzyskując dawnego ducha. Jego pierwsze słowa strasznie mnie zaskoczyły, i zawstydziły, a przecież to nie było nic zawstydzającego. To tylko słowa wsparcia przyjaciela. 
– Już nie opowiadaj głupot. Na tym ostatnim odcinku nie powinienem w ogóle jest, i zostawić tobie wszystkie zapasy. Tak będzie rozsądnie – opowiedział, na co się oburzyłem. 
– Co? Nie, dlaczego? Też musisz jeść. Potrzebujesz tego, czujesz się przecież lepiej, tak? I wyglądasz lepiej. Wpływa to dobrze na twoją psychikę, przecież to widzę – od razu się odezwałem, musząc dać mu wszystko, czego potrzebuje. 
– Więc będę jeść to, co da mi natura. Ale ryż, makaron, jajka, czy inne takie rzeczy z długim terminem muszą być dla ciebie. Ja jem dla przyjemności. Ty jesz, bo musisz. tak będzie lepiej – stwierdził, ale nie byłem przekonany co do tego. Nie lubiłem jeść sam. Mam wtedy wrażenie, że się wtedy obżeram strasznie.
– Nie muszę jeść aż tak dużo. A lepiej mi, kiedy jem z tobą... Będę więc jeść mniej, byś ty mógł jeść ze mną – zdecydowałem zatem nie chcąc, by to on musiał z czegoś zrezygnować. Już ja wolę odpuścić, dla niego. 

<Owieczko? c:>

Etykiety