Od Mikleo CD Soreya

niedziela, 1 lutego 2026

|
Od razu zauważyłem, że Sorey wrócił do domu zupełnie załamany. Najgorsze było to, że był cichy, nienaturalnie cichy. Mało rozmowny, zamknięty w sobie. Nie chciał wytłumaczyć, co się stało, nie chciał w ogóle mówić. Rzucił tylko krótkie, wymuszone:
Nic się nie stało.
Ale ja wiedziałem. Wiedziałem, że coś było bardzo nie tak.
Zauważyłem sakiewkę, którą niedbale rzucił na stolik. Była lekka, zbyt lekka. Serce ścisnęło mi się w piersi. Coś podpowiadało mi, że właśnie stracił pracę. Że nikt nie da mu tu już kolejnej szansy. A jego ojciec… jego ojciec tylko na to czekał. Już zaczynał się mścić.
Jak można być takim draniem? Jak można być tak okrutnym wobec własnego dziecka?
Nie, nie potrafię tego nawet nazwać ojcostwem. To potwór, nie człowiek.
- Sorey?- Odezwałem się cicho, ostrożnie, jakbym bał się, że jedno słowo za dużo może go rozsypać. Podszedłem bliżej i położyłem dłoń na jego ramieniu.
Wtedy pękł.
- I co my teraz zrobimy? - Zapytał drżącym głosem. - Co ja mam teraz robić? Straciłem pracę. Ludzie mnie nienawidzą. Mój pożal się Boże ojciec zrobi wszystko, żebym cię porzucił. Nie wiem, jak mam to znieść… nie wiem, jak sobie z tym poradzić. -Mówił szybko, zbyt szybko, jakby bał się, że jeśli przestanie, to już nigdy nie zbierze się na odwagę. Przesadzał, wiedziałem to, ale to był strach, nie logika. Czysta rozpacz.
~ Przecież nie będzie aż tak źle - Pomyślałem. Jestem przy nim. Zaopiekuję się nim. Znajdę pracę, jeśli będzie trzeba, wesprę nas oboje. A jeśli i to się nie uda… wtedy odejdziemy stąd. Razem. Najpierw jednak pomogę mu odkryć prawdę, kim była jego matka, kim naprawdę jest. 
- Sorey… - Powiedziałem łagodnie. - Nie martw się. Będzie dobrze. - Spojrzał na mnie niepewnie. - To, że straciłeś jedną pracę, nie oznacza końca świata. Naprawdę. - Uśmiechnąłem się słabo. - Mamy siebie. A to jest najważniejsze. Dzięki naszej miłości przetrwamy wszystko. Będziemy się wspierać i chronić nawzajem przed całym złem tego świata. - Westchnął ciężko, a potem podniósł wzrok. Jego oczy… były pełne bólu. Załamane, zmęczone, jakby mówiły więcej niż tysiąc słów. Serce mi pękło.
Moje biedactwo. Tak bardzo było mi go szkoda.
I wtedy dotarło do mnie, że nie muszę mówić nic więcej. Że czasem słowa nie są najważniejsze. Chciałem go przytulić. Chciałem, żeby poczuł, że jestem tu. Że mnie potrzebuje, tak samo, jak ja potrzebuję jego. Że nie jest sam. Nigdy.
Nie mówiąc już nic więcej, po prostu go przytuliłem i delikatnie pocałowałem w policzek. W głowie kłębiły mi się myśli, zastanawiałem się, co powinienem zrobić, jakich słów użyć, by go wesprzeć. Chciałem zrobić wszystko, absolutnie wszystko, żeby poczuł się choć odrobinę lepiej.
A jednak gdzieś głęboko wiedziałem, że w tej chwili słowa mogą być zbędne. Że czasem największym wsparciem jest po prostu bycie obok. Cisza. Obecność.
Oparłem głowę na jego ramieniu, a moją dłoń położyłem na jego dłoni, ściskając ją mocniej, jakbym chciał przekazać mu w ten sposób to, czego nie potrafiłem ubrać w zdania. Jestem tu. Nie odchodzę.
- Wiesz, że mimo tego wszystkiego, co dzieje się wokół nas…- Wyszeptałem cicho. - Będę cię kochał i wspierał tak długo, jak tylko mi na to pozwolisz. - Miałem nadzieję, że te słowa, nawet jeśli niewielkie, dotrą do niego. Że poczuje, iż nie jest sam. Że niezależnie od bólu, strachu i chaosu, który go otacza, ma mnie. I że to wystarczy, chociaż na ten jeden moment.

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

|
 Mimo szczerej niechęci nałożyłem na twarz przysłowiową maskę szeroki, sztuczny uśmiech i ruszyłem na miasto wraz z moim partnerem, by zrobić zakupy, o które prosiła moja babcia. Nie miałem na to najmniejszej ochoty, ale nie potrafiłem jej zawieść. Nie mogłem powiedzieć nie. Przecież ona sama na zakupy… Oczywiście mogła pójść sama, ale po co?
Byłem jej wdzięczny. Za to, że mnie wychowała. Za to, że pomogła mi w najtrudniejszych momentach mojego życia. Za to, że zaprosiła mnie i mojego partnera do siebie, chcąc spędzić z nami czas, stworzyć choć namiastkę rodzinnego ciepła. W tej chwili nie mogłem zachowywać się tak, jakbym czegoś od niej oczekiwał. Skoro sam potrzebowałem pomocy, byłem zobowiązany, jako jej wnuk, pomóc jej bez narzekania. Nawet jeśli wyjście do miasta, miejsca pełnego ludzi, którzy mnie nienawidzą, miało kosztować mnie więcej, niż chciałem przyznać.
Chwyciłem dłoń mojego partnera i wziąłem kilka głębokich wdechów oraz wydechów, zanim opuściliśmy dom. Starałem się nie myśleć negatywnie, te myśli zawsze kończyły się nieprzyjemnym uciskiem w żołądku i jeszcze większą niechęcią do miejsca, które tak bardzo mnie stresowało. Każdy krok w stronę drzwi był jak mała walka z samym sobą.
- Nie musisz się stresować - Odezwał się Daisuke, najwyraźniej wyczuwając moje emocje, które zapewne uderzały w niego ze zdwojoną siłą. - W razie czego powiem im, co o nich myślę.
- Przepraszam - Przyznałem cicho, nerwowo drapiąc się po głowie i uśmiechając się do niego przepraszająco. - Nie chcę obarczać cię swoimi emocjami, ale… nie potrafię nad tym zapanować. - Przyznałem, czując się źle z powodu swojego nieświadomego zachowania.
- Haru, nie mam do ciebie o nic pretensji - Odpowiedział spokojnie. - Będzie dobrze. Nie przejmuj się ludźmi. Oni zawsze będą gadać, bez względu na to, co by się działo. Komentować potrafią wszyscy, ale zrozumieć… już nie. - Jego słowa działały jak kotwica. Nawet nie wiedział, jak bardzo mi w tej chwili pomagał, samą obecnością, spokojem w głosie i ciepłem dłoni, której nie puszczał ani na moment.
Uśmiechnąłem się do niego łagodnie, wchodząc do miasta, gdzie niemal natychmiast zetknąłem się ze spojrzeniami, ciężkimi, nachalnymi, przytłaczającymi. Czułem je na sobie jak dotyk, którego nie chciałem, jak coś, co wdzierało się pod skórę i powoli odbierało mi siły. To one męczyły mnie najbardziej. To ich bałem się od zawsze. A jednak, z dwojga złego, wolałem znosić spojrzenia niż słowa, słowa potrafiły ranić głębiej, boleśniej niż jakikolwiek cios zadany dłonią.
Chciałem tylko kupić to, co najważniejsze, i wrócić do domu. Nic więcej. Trzymałem się tej myśli kurczowo, jakby była jedyną rzeczą, która mogła utrzymać mnie w równowadze. Zrobię tylko to, co muszę, a muszę zrobić zakupy, powtarzałem sobie w myślach, a potem wrócę. Nic innego nie ma znaczenia.
Podążałem przed siebie, idąc wyznaczoną w głowie trasą, skupiony wyłącznie na kolejnych punktach, które musieliśmy odwiedzić. Nie patrzyłem na ludzi. Unikałem ich wzroku, jakby kontakt z nim mógł mnie złamać. Spoglądałem jedynie na mojego partnera, na jego spokojny uśmiech, który nie znikał z twarzy. Cały czas był obok, próbując podnieść mnie na duchu, osłonić choć w niewielkim stopniu przed oceną ludzi, którzy i tak już dawno wiedzieli swoje, nawet mnie nie znając.

<Paniczu? C:>

Etykiety