Od razu zauważyłem, że Sorey wrócił do domu zupełnie załamany. Najgorsze było to, że był cichy, nienaturalnie cichy. Mało rozmowny, zamknięty w sobie. Nie chciał wytłumaczyć, co się stało, nie chciał w ogóle mówić. Rzucił tylko krótkie, wymuszone:
Nic się nie stało.
Ale ja wiedziałem. Wiedziałem, że coś było bardzo nie tak.
Zauważyłem sakiewkę, którą niedbale rzucił na stolik. Była lekka, zbyt lekka. Serce ścisnęło mi się w piersi. Coś podpowiadało mi, że właśnie stracił pracę. Że nikt nie da mu tu już kolejnej szansy. A jego ojciec… jego ojciec tylko na to czekał. Już zaczynał się mścić.
Jak można być takim draniem? Jak można być tak okrutnym wobec własnego dziecka?
Nie, nie potrafię tego nawet nazwać ojcostwem. To potwór, nie człowiek.
- Sorey?- Odezwałem się cicho, ostrożnie, jakbym bał się, że jedno słowo za dużo może go rozsypać. Podszedłem bliżej i położyłem dłoń na jego ramieniu.
Wtedy pękł.
- I co my teraz zrobimy? - Zapytał drżącym głosem. - Co ja mam teraz robić? Straciłem pracę. Ludzie mnie nienawidzą. Mój pożal się Boże ojciec zrobi wszystko, żebym cię porzucił. Nie wiem, jak mam to znieść… nie wiem, jak sobie z tym poradzić. -Mówił szybko, zbyt szybko, jakby bał się, że jeśli przestanie, to już nigdy nie zbierze się na odwagę. Przesadzał, wiedziałem to, ale to był strach, nie logika. Czysta rozpacz.
~ Przecież nie będzie aż tak źle - Pomyślałem. Jestem przy nim. Zaopiekuję się nim. Znajdę pracę, jeśli będzie trzeba, wesprę nas oboje. A jeśli i to się nie uda… wtedy odejdziemy stąd. Razem. Najpierw jednak pomogę mu odkryć prawdę, kim była jego matka, kim naprawdę jest.
- Sorey… - Powiedziałem łagodnie. - Nie martw się. Będzie dobrze. - Spojrzał na mnie niepewnie. - To, że straciłeś jedną pracę, nie oznacza końca świata. Naprawdę. - Uśmiechnąłem się słabo. - Mamy siebie. A to jest najważniejsze. Dzięki naszej miłości przetrwamy wszystko. Będziemy się wspierać i chronić nawzajem przed całym złem tego świata. - Westchnął ciężko, a potem podniósł wzrok. Jego oczy… były pełne bólu. Załamane, zmęczone, jakby mówiły więcej niż tysiąc słów. Serce mi pękło.
Moje biedactwo. Tak bardzo było mi go szkoda.
I wtedy dotarło do mnie, że nie muszę mówić nic więcej. Że czasem słowa nie są najważniejsze. Chciałem go przytulić. Chciałem, żeby poczuł, że jestem tu. Że mnie potrzebuje, tak samo, jak ja potrzebuję jego. Że nie jest sam. Nigdy.
Nie mówiąc już nic więcej, po prostu go przytuliłem i delikatnie pocałowałem w policzek. W głowie kłębiły mi się myśli, zastanawiałem się, co powinienem zrobić, jakich słów użyć, by go wesprzeć. Chciałem zrobić wszystko, absolutnie wszystko, żeby poczuł się choć odrobinę lepiej.
A jednak gdzieś głęboko wiedziałem, że w tej chwili słowa mogą być zbędne. Że czasem największym wsparciem jest po prostu bycie obok. Cisza. Obecność.
Oparłem głowę na jego ramieniu, a moją dłoń położyłem na jego dłoni, ściskając ją mocniej, jakbym chciał przekazać mu w ten sposób to, czego nie potrafiłem ubrać w zdania. Jestem tu. Nie odchodzę.
- Wiesz, że mimo tego wszystkiego, co dzieje się wokół nas…- Wyszeptałem cicho. - Będę cię kochał i wspierał tak długo, jak tylko mi na to pozwolisz. - Miałem nadzieję, że te słowa, nawet jeśli niewielkie, dotrą do niego. Że poczuje, iż nie jest sam. Że niezależnie od bólu, strachu i chaosu, który go otacza, ma mnie. I że to wystarczy, chociaż na ten jeden moment.
<Pasterzyku? C:>